Czy katolikowi wolno strajkować?


Dziś, gdy emocje związane z zimowymi strajkami górników opadły, można się zająć bez uwikłania w bieżącą politykę odpowiedzią na powyższe pytanie. Ksiądz Dariusz Kowalczyk we wpisie na areopagu  aprobująco przywołał wówczas artykuł 2435 Katechizmu Kościoła Katolickiego:

Strajk jest moralnie uprawniony, jeżeli jest środkiem nieuniknionym, a nawet koniecznym, ze względu na proporcjonalną korzyść. Staje się on moralnie nie do przyjęcia, gdy towarzyszy mu przemoc lub też gdy wyznacza mu się cele bezpośrednio nie związane z warunkami pracy lub sprzeczne z dobrem wspólnym.”

 

Jakkolwiek by to nie zabrzmiało arogancko, dostrzegam szczelinę pomiędzy zapisami Katechizmu a Ewangelią taką, jaką mi przekazano, a ja zrozumiałem. Ważę się tak twierdzić przeczytawszy, co o strajku pisał dwadzieścia lat przed opublikowaniem Katechizmu Paweł VI w liście apostolskim Octogesima adveniens w paragrafie 14:

„(…) tu i ówdzie może się pojawić pokusa, by korzystając z możliwości zastosowania siły narzucić, zwłaszcza za pomocą strajków - które w zasadzie są legalną, ale tylko w ostateczności dającą się stosować bronią - warunki zbyt ciężkie dla całości gospodarki czy całego organizmu społecznego, a często mają na celu żądania czysto polityczne.”

 

Odwrotnie niż u Pawła VI, w Katechizmie strajk nie jest już ostatecznością (chociaż był nią jeszcze w encyklice Jana Pawła II Laborem Exercens, 20). Więcej, może być uzasadniony korzyściami, o ile tylko pewne niewygórowane warunki są spełnione. Wyraźnie Paweł VI traktuje strajk jako rodzaj dopuszczalnej w ostateczności przemocy, natomiast Katechizm strajku jako przemocy nie postrzega.

 

Porównanie obu wypowiedzi magisterium Kościoła pozwala mi przypuszczać, że Kościół za Jana Pawła II poszedł nie tyle na pewne ustępstwa, co pragnął uwzględnić realia z państw niedemokratycznych, których Polska Jana Pawła II była najlepszym przykładem. Strajk u nas odgrywał także inną niż ekonomiczna rolę. Na te poszerzenia nie powinno się jednak pochopnie powoływać w „normalnym” ustroju. Tylko w wyjątkowych okolicznościach chrześcijanin, jak rozumiem najlepiej jego powołanie, może popierać akcje protestacyjne – demonstracje uliczne lub strajki. Nie odmawiam nikomu do nich prawa, bo są one w przestrzeni społecznej zjawiskiem zrozumiałym i normalnym, ale nie zgadzam się, że chrześcijańskim. Demonstracja uliczna i strajk są przejawami siły i przemocy. Owszem, ujęte w normy prawne jako obrona przed innym rodzajem przemocy (np. wyzysk ze strony pracodawców), ale chrześcijanin powinien unikać (chociaż nie odważę się pisać, że w każdych okolicznościach) polityki wet za wet.

 

Uważam, że strajki są dopuszczalne na tej samej zasadzie, co rozwody w prawie mojżeszowym – ze względu na realia życia społecznego i niedoskonałość człowieka, a nie dlatego, że etycznie nie budzą kontrowersji. Wynika to z obciążenia misji Kościoła hipoteką zobowiązań społecznych, których zaciąganie zaczęło się od Konstantyna. Może taki był plan Boży by Kościół poddać pokusie jak Jezusa na pustyni, nie chcę w tej chwili rozwijać tego wątku. Zobowiązania trzeba jednak spłacać, toteż nie postuluję raptownego porzucenia przez Kościół swojej roli społecznej, ale namawiałbym do dokonania głębokiego i krytycznego przeglądu, gdzie popełniamy kompromisy w katolickiej nauce społecznej z wartościami ewangelicznymi i zaczął od wycofywania się z tych kompromisów, z których takie wycofanie się albo nie pozostawiłoby jakichś grup społecznych z poczuciem porzucenia przez Kościół, albo dają najmocniejsze antyświadectwo (np. akceptacja dla większości strajków lub demonstracji, zwłaszcza z paleniem opon na ulicach; zaznaczam jednak, że zjawisko to jest incydentalne, ale bardzo wyolbrzymiane przez media głównego nurtu będące na usługach korporacji – musimy mieć na uwadze, że ich departamenty Pi-aR inspirują media do nagłaśniania każdego ekscesu działacza związkowego, podczas gdy związek nie ma pieniędzy na to, by znacznie częstsze i bardziej naganne z powodu większej odpowiedzialności ekscesy pracodawców również nagłaśniać). 

 

O tym, że organizowane przez polskie związki zawodowe strajki (to prawda, ze nieliczne, ale wynika to nie z umiarkowania, a ze słabości organizatorów) są mało katolickie świadczy to, że inaczej niż w latach 1980-1981 są zawsze partykularne i dotyczą interesów wyłącznie samych strajkujących. Np. dlaczego górnicy nie strajkują także w imię (ostatnio coraz mniej) bezradnych i wielokrotnie oszukanych pielęgniarek? Czemu żaden z postulatów górniczych z ostatnich strajków, inaczej niż stoczniowców w 1980 roku nie dotyczył wszystkich pracowników np. zmian w prawie pracy? Czy taka egoistyczna postawa ma wiele wspólnego z katolicką nauką społeczną? Od strajkującej pielęgniarki przywieziony do szpitala z demonstracji pobity przez policję związkowiec oczekiwałby chyba solidarności i potępiłby odejście od jego łóżka (a od łóżek innych pacjentów też? czy służba zdrowia ma prawo do strajku?). W latach 1980-1981 wiele było solidarnościowych strajków np. gdy Igloopol Dębica z powodów technologicznych nie mógł zatrzymać procesu produkcyjnego, strajkowały w jego imieniu inne przedsiębiorstwa np. Krakowskie Zakłady Sprzętu Ortopedycznego. Gdzie dziś tamta solidarność słabych z jeszcze słabszymi?

 

Zamiast solidarystycznych postulatów nawet w symbolicznym wymiarze górnicy żądali, o sancta simplicitas,  odejścia prezesa spółki węglowej (który, zważywszy na jego niektóre jątrzące wypowiedzi miał kwalifikacje techniczne, ale nie miał kwalifikacji ludzkich by zarządzać innymi, a które przy nominacjach w biznesie są zazwyczaj traktowane jako obciążenie). I dopięli tego wręcz egocentrycznego celu, jakim jest faktycznie walka o władzę a nie o ludzi. Ciekawe, ile ta determinacja pozwoliłaby wywalczyć, gdyby była skierowana na realne problemy. O ile możemy powyższe pomieszanie wartości tłumaczyć neoliberalnym wirusem chciwości przejętym od pracodawców, o tyle trudno zrozumieć wiarę związkowców, gdy stali pod blokiem, w którym  mieszka odwoływany prezes i rozdają ulotki z jego zdjęciem w więziennym pasiaku, także dzieciom, także jego dzieciom? Informację tę usłyszałem od niego gdy skarżył się mediom na nagonkę, jaką przeciwko niemu zorganizowano, ale faktem jest, iż jeden z liderów związkowych publicznie mówił do posłów ze śląskich okręgów „my znamy wasze adresy”. To już jest zasada „cel uświęca środki”, brutalizacja życia publicznego i ciąg dalszy standardów wprowadzanych przez klasę polityczną, a nie dobre standardy katolickiego związku zawodowego.

 

Działalność związków zawodowych potocznie i zupełnie mylnie identyfikowana jest z katolicką nauką społeczną, która kładzie nacisk na prawa pracownicze bez wyróżniania jakiejkolwiek branży, dialog i porozumienie. W okresie strajku górników nikt z Kościoła nie postawił strajkującym pytania o jego zgodność z duchem ewangelii. Nie chodzi o to, by się od strajkujących odcinać, co niewątpliwie zakłamane media głównego nurtu i rząd wykorzystałyby instrumentalnie przeciwko najmniej winnym górnikom. Ale udział biskupa miejsca w uroczystości podpisania porozumienia kończącego zimowy strajk górników to poważny błąd i wysłanie w świat fałszywego sygnału, czym jest chrześcijaństwo. Ze zgodą i pokojem to porozumienie ma tyle wspólnego, co traktat w Monachium, gdzie podzielono się kosztem słabszych. Przecież pieniądze z budżetu państwa wyrwane na nieustającą i nieśmiertelną „reformę górnictwa” nie zostaną w postaci zwiększenia podatków pozyskane po równo od wszystkich,  a odebrane najsłabszym! Np. służbie zdrowia, nauczycielom, emerytom albo sfinansowane deficytem budżetowym kosztem przyszłych pokoleń. Tych grup nikt przy stole negocjacji nie reprezentował. A przedstawiciel Kościoła ten układ bardzo silnych z trochę silnymi kosztem najsłabszych autoryzował żyrując egoistyczne cele i kontrowersyjne metody współkształtując zupełnie opaczny, nawet jeśli życzliwy (bo kto nie lubi zgody?) sposób patrzenia skołowanego społeczeństwa na Kościół.

 

Paradoksalnie, udział biskupa w tym akcie bardziej wpisywał się w trend sekularyzacji, niż jego nieobecność, bo w massmediach wszyscy mogli zobaczyć, że Kościół jest z tego świata, nie ma nic więcej do zaproponowania niż walczące strony. To po co nam taki Kościół, który o codziennych troskach materialnych człowieka mówi to samo, co nie-katolicy? Przecież ogólnosłuszne apele o porozumienie wygłaszają także niewierzący, nie trzeba być tu biskupem. Może słusznie Polacy nas opuszczają, skoro nie ma różnicy? Może dlatego nie słuchają Kościoła, gdy stara się przekazać prawdę o sprawach najświętszych, bo nie ma nic więcej niż świat do powiedzenia w sprawach przyziemnych.

 

W jaki sposób niektóre strajki organizowane przez osoby przyznające się do chrześcijaństwa mogą być nawet bez złych intencji antyświadectwem? A w taki, że pokazują niewierzącym, że także my wierzymy, że szczęście człowieka zależy od zabezpieczenia materialnego, że nic nas od nich nie różni, że nasza wiara nie ma żadnych konsekwencji praktycznych. Świat Kościoła jak zwietrzała sól nie potrzebuje i jakoś się bez niego obchodzi. Nie zakwitnie, ale wegetować może bez nas całkiem wygodnie.

 

Nie znam chrześcijańskiego usprawiedliwienia akcji protestacyjnych wymuszających na państwie jakieś ustępstwa, nawet, jeśli to państwo traktuje swoich obywateli niesprawiedliwie. Tylko „poganom” nie przynosi to ujmy. W ostatecznym rozrachunku kończy się to zawsze wyszarpnięciem wdowiego grosza przez silniejsze i lepiej zorganizowane grupy zawodowe słabszym.

 

A co, ktoś mnie zapyta, jeśli decydenci państwowi lub pracodawcy cynicznie będą żerować na autentycznie chrześcijańskiej postawie? Oczywiście, skoro świadectwo Jezusa nie przekonało wielu, tym bardziej i taka postawa wcale nie musi zmieniać innych ludzi. Z pewnością należy się wystrzegać, by pozorne wycofanie się chrześcijan z konfliktów pracowniczych nie przemieniła nas w filar niesprawiedliwego ładu. Jeśli pozostali pracownicy chcą prowadzić akcję protestacyjną, nie należy się temu sprzeciwiać dopóki mnie samego rozwój wypadków nie uwikła w niechrześcijańskie decyzje.

 

Nie każdy jednak strajk jest niechrześcijański. Strajki w obronie nie swoich interesów lub z narażeniem osobistym mogą być w świetle Ewangelii uprawnione, a przynajmniej można się nad tym zastanawiać. Z pewnością zaliczają się do nich strajki w PRL, gdy udział w nich wymagał odwagi, z najważniejszym strajkiem jakim był sierpień ’80 w Stoczni Gdańskiej w obronie Anny Walentynowicz. Dziś chrześcijaninowi nie wolno nie przyłączyć się do strajku w obronie miejsc pracy, gdy wymaga to solidarnego pójścia pod prąd wbrew presji pracodawcy, jeśli ten ucieka się do niegodziwych metod powstrzymania pracowników przed skorzystaniem z ich niezbywalnego prawa. Unikanie przemocy nie może być alibi dla tchórzowskiego wycofywania się z trudnych sytuacji – lepiej wystąpić w obronie drugiego i minimalizować złe konsekwencje. Tak było w Ożarowie w 2001 roku, gdzie konkurent wykupił zyskowną fabrykę kabli i ją zlikwidował. Tam powstrzymanie się od trudnej decyzji o strajku byłoby faktycznym opowiedzeniem się po stronie zła (notabene, przedsiębiorca ten był sponsorem papieskich pielgrzymek, także po tych dramatycznych wydarzeniach; episkopat nie cofnął swojej ręki po jałmużnę pochodzącą z niegodziwego zarobku). W pewnych okolicznościach opowiedzenie się katolika przeciw strajkowi też może być antyświadectwem.

 

Bardzo trudno jednak uzasadnić strajk blokujący zmiany w przedsiębiorstwie przynoszącym straty. Jeśli koszty restrukturyzacji są egalitarnie rozłożone na wszystkich poczynając od właścicieli, strajk nawet jeśli legalny w świetle prawa nie powinien oyrzymać „nihil obstat” Kościoła.. Niestety, nie można skonstruować wytrychu pozwalającego łatwo ocenić, w którym strajku chrześcijaninowi wolno brać udział, a w którym nie – sumienie każdej osoby ma pierwszeństwo przed sumieniem „prawodawcy”, a tym bardziej moim. Ważne jednak, by chrześcijanie przystępujący do akcji protestacyjnych przenikali swoje własne intencje i nawet jeśli idą z tłumem, nie dali mu się porwać.

 

Jaki jest test na dojrzałość chrześcijanina? Pokaż mi, jak reagujesz na krzywdę i zło, które Ciebie spotykają, a powiem ci, czy nim jesteś. Tak właśnie w Kościele ktoś mnie kiedyś osadził gdy wyrywałem się by odebrać, co mi się „należało”. Tak jak ktoś mnie wtedy, tak i ja dziś nie odwodzę związków zawodowych od ich misji jak ją one same rozumieją najlepiej, ale nie wikłajcie proszę w to katolickiej nauki społecznej i Kościoła, bo na tej drodze łatwo ześlizgnąć się w koleinę, którą idzie wielu – ostatecznie liczy się to, kto ile z czerwonego postawu sukna dla siebie wyszarpnie. Nie jest to stawianie znaku równości między pracodawcami a związkami zawodowymi, jednak od pewnego momentu walki o to, co sprawiedliwe przestaje być ważne to, co sprawiedliwie się komu należy.