Dziesięć cudów gen. Brochwicza, „Gryfa”

Dziesięć cudów gen. Brochwicza, „Gryfa”


Ten obrazek uratował mi życie. Wielokrotnie  - mówił zmarły dziś w nocy gen. Janusz Brochwicz-Lewiński, Gryf. Oto historia dzięsięciu cudów w życiu gen. Brochwicza za sprawą opieki duchowej Jezusa Miłosiernego. 

„– Był ze mną przez cały czas. Był we wrześniu 1939 roku, gdy zostałem skazany przez bolszewików na śmierć. Był w partyzantce i w powstaniu warszawskim. Towarzyszył mi w niewoli i gdy byłem ranny. Podróżował ze mną po świecie, kiedy przez trzydzieści lat służyłem w brytyjskiej armii, aż przywiozłem go tutaj, z powrotem do Polski – generał Janusz Brochwicz-Lewiński, słynny „Gryf”, w paru krótkich zdaniach zawiera historię swojego życia, która jest materiałem na kilka sensacyjnych filmów wojennych i szpiegowskich.

Główną rolę w tej opowieści odgrywa mały biało-niebieski obrazek. To wizerunek Jezusa Miłosiernego, z podpisem „Jezu, ufam Tobie”. Przez kilkadziesiąt lat, od 1939 roku, Janusz Brochwicz-Lewiński nie rozstawał się z nim. Miał go zawsze przy sobie. Tracił wszystko, ale nigdy obrazek Jezusa. Dziś wypłowiały, posklejany, włożony za szybę i oprawiony w ramki wisi w eksponowanym miejscu w warszawskim mieszkaniu „Gryfa”. Jak najcenniejszy klejnot. Tuż obok szabli generała brygady, którą otrzymał wraz z nominacją w 2008 roku, oraz Orderu Virtuti Militari za bohaterską walkę w powstaniu warszawskim.

– Ten obrazek i związana z nim opieka duchowa mojej matki sprawiły wiele cudów. Uratowały mi życie w sytuacjach, z których nie miałem prawa wyjść żywy. Kilkakrotnie chcieli mnie zabić sowieccy agenci, dwa razy próbowano mnie otruć. A ja żyję. On żyje i ja też żyję, a powinienem być pięć albo i dziesięć razy w piachu – opowiada barwnie generał, który zasług wojennych i wojskowych nie przypisuje wyłącznie sobie.

„Gryf” we wrześniu 2013 roku skończył dziewięćdziesiąt trzy lata. Chodzenie sprawia mu trudność, ale pamięć i humor połączone z dystansem wobec wieku i jego ograniczeń dopisują. Wiek nie odebrał mu elokwencji, manier przedwojennego dżentelmena i chłopięcego uroku. Widać go szczególnie w momentach, gdy na wspomnienie żołnierskich wyczynów uśmiecha się zawadiacko.

Obrazek Jezusa Miłosiernego w przededniu wybuchu drugiej wojny światowej dała mu matka, Jadwiga z Piechocińskich Brochwicz-Lewińska. Jej piękna twarz spogląda ze zdjęć w mieszkaniu „Gryfa”. Na jednym z nich, dużych rozmiarów, pozuje w balowej toalecie, z perłami na szyi. Zdjęcie zostało zrobione w 1929 roku, gdy miała dwadzieścia dziewięć lat. Jej o pięć lat starszy mąż Stanisław był profesorem literatury i języków nowożytnych na uniwersytetach w Wilnie i Krakowie. Jedyny syn Janusz miał wówczas dziewięć lat. Ich życie rodzinne, ich świat zrujnowała wojna. Po jej wybuchu już nigdy nie spotkali się razem: matka, ojciec i syn.

Janusz Brochwicz-Lewiński poszedł na wojnę 30 sierpnia 1939 roku. Był akurat na wakacjach w majątku dziadków Piotrowszczyzna niedaleko Wołkowyska na Grodzieńszczyźnie, gdy otrzymał rozkaz powrotu do stacjonującego w Grodnie 76. Pułku Piechoty. Został tam przydzielony w maju tego samego roku, gdy po maturze, a przed wyjazdem na studia do Szwajcarii wstąpił do wojska, bo tak nakazywała rodzinna tradycja i patriotyczne wychowanie. Przed odjazdem do pułku w Grodnie matka dała mu obrazek Jezusa Miłosiernego z podpisem „Jezu, ufam Tobie”. Nigdy wcześniej nie widział takiego wizerunku Jezusa.

– Matka powiedziała: „Ten obrazek będzie cię chronił. On jest poświęcony, noś go przy sobie”. I tak zrobiłem – opowiada generał o ostatniej przed wybuchem wojny rozmowie z matką. – Włożyłem go do legitymacji wojskowej, którą nosiłem w kieszeni munduru.

Wizerunek Jezusa na obrazku był nieudolną kopią obrazu namalowanego przez Eugeniusza Kazimirowskiego w Wilnie w 1934 roku. Generał zapamiętał, że matka otrzymała obrazek od proboszcza z Wołkowyska, który powiedział jej, że ma on wielką moc. Proboszcz parafii pod wezwaniem Świętego Wacława ksiądz Jerzy Żamejć miał z kolei otrzymać go od księdza Michała Sopoćki, kierownika duchowego siostry Faustyny, który na pewno Wołkowysk znał, bo był tu kapelanem wojskowym w czasie wojny 1920 roku.

Jadwiga Brochwicz-Lewińska, która w pamięci syna zachowała się jako kobieta pobożna i miłosierna, dając mu obrazek Jezusa Miłosiernego, zapewniła, że będzie się za niego gorąco modlić. Na pewno ufała Bogu, skoro powierzyła Mu jedynego syna, a ufność jest fundamentem kultu Bożego Miłosierdzia. Nie wiadomo natomiast, czy już wówczas znała modlitwy przekazane przez siostrę Faustynę wraz z orędziem o Bożym Miłosierdziu. Jest to jednak mało prawdopodobne, zwłaszcza że na rewersie obrazka została umieszczona modlitwa do Chrystusa Króla, o której skądinąd wiadomo, że była bliska księdzu Sopoćce.

– O tym obrazku i orędziu Bożego Miłosierdzia nie wiedziałem wtedy nic. Wiedziałem tylko, że obrazek został poświęcony z tą intencją, aby mnie ochronił w czasie wojny. Okazało się, że robił to o wiele dłużej – mówi generał.

Cud pierwszy

 

17 września 1939 roku, w dniu wkroczenia Armii Czerwonej do Polski, podchorąży Brochwicz-Lewiński skończył dziewiętnaście lat. Trzy dni później grupa żołnierzy, którą dowodził w rejonie Baranowicz, po zaciętej walce została rozbita.

– Bolszewicy zabijali jeńców przez kilka dni i nocy, szczególnie oficerów wyższych stopniem. Przystawiali nagan do potylicy i strzelali – opowiada o sowieckich metodach traktowania jeńców wojennych.

Piętnastu oficerów oskarżonych o zadanie Sowietom szczególnie dotkliwych strat postawiono przed sądem polowym NKWD. Był wśród nich młody Brochwicz. Pijany enkawudzista wydał na wszystkich wyrok śmierci.

– Wtedy stał się pierwszy cud: uciekłem z niewoli. Nie wiem, co się stało, ale po zabiciu dziesięciu osób ostatniej piątki, w której byłem, nie rozstrzelano na miejscu. Bolszewicy wsadzili nas do pociągu, aby przetransportować na tereny sowieckie i tam zabić. Na stacji granicznej w miejscowości Niegoriełoje pociąg zatrzymał się na bocznicy. Jeden z oficerów zauważył, że dwie deski w podłodze wagonu były tak zniszczone, że można je było wyrwać. Uciekliśmy. Każdy poszedł w innym kierunku. Moim celem był Brześć nad Bugiem. Miałem w kieszeni kompas, którego Sowieci nie zabrali mi w czasie pobieżnej rewizji, dobre wojskowe buty, płaszcz, parę zapałek i papierosów oraz mały nóż. Po drodze mijałem lasy, strumyki, opustoszałe sady. Żywiłem się tym, co znalazłem – jakąś gruszką albo jabłkiem, ogórkiem, pomidorami – bo bochenek chleba, który dostałem na podróż pociągiem, oszczędzałem. Przez dwa tygodnie musiałem iść tak, aby nie wpaść w ręce ludzi, gdyż wiedziałem, że jak mnie złapią, to oddadzą milicji i będzie po mnie.

Obrazek Jezusa Miłosiernego miał przy sobie, w kieszeni munduru. Wreszcie doszedł do Bugu, który był wówczas granicą radziecko-niemiecką. Na drugi brzeg, pod osłoną nocy, przerzucił go jakiś rybak. Równie ostrożnie jak wcześniej, ale teraz kryjąc się przed Niemcami, obrał kierunek na Warszawę. Dotarł po dwóch miesiącach od ucieczki z sowieckiego pociągu, który wiózł go na śmierć.

Cud drugi

Jeszcze w 1939 roku Janusz Brochwicz-Lewiński znalazł się w Lublinie. Pracował jako magazynier w niemieckiej firmie handlującej materiałami budowlanymi i węglem. Szef, ranny na froncie zachodnim, był zadowolony z młodego Polaka, który świetnie mówił po niemiecku. Brochwicz natomiast dzięki tej pracy miał dobre papiery. Przydały się szczególnie, gdy pół roku później nawiązał kontakt ze Związkiem Walki Zbrojnej i jako dowódca plutonu, pseudonim „Gryf”, w soboty i w niedziele wyjeżdżał w podlubelskie lasy szkolić żołnierzy. I wtedy gdy przeprowadzał akcje sabotażu. W 1943 roku jednego z jego podwładnych złapało Gestapo. Torturowany na zamku w Lublinie, podał nazwisko i adres zamieszkania Brochwicza. Gestapo przygotowało w mieszkaniu Brochwicza kocioł.

– W przerwie obiadowej jeździłem rowerem do domu, by coś zjeść i odpocząć. Ale tego dnia, kierowany jakimś instynktem, zostałem w biurze. Nie pojechałem. Po przerwie jeden z robotników powiedział: „Szefie, niech pan uważa, bo przed pana domem stoją gestapowcy. Mają samochód ciężarowy i mały łazik”. – Generał przypomina sobie ostrzeżenie, które uratowało mu życie. – Gdybym pojechał na obiad do domu, trafiłbym na zamek, a stamtąd w najlepszym razie do obozu, ale najpewniej postawiliby mnie pod ścianą i dostałbym kulę w łeb.

Brochwicz zaczekał do zakończenia pracy, spakował teczkę, wsiadł na rower i spokojnie ruszył za miasto. Pojechał do oddalonej o piętnaście kilometrów leśniczówki. Dwa dni później był już w leśnym oddziale partyzanckim. Ocalał.

Od 1943 do 1944 roku walczył w oddziale majora Hieronima Dekutowskiego, słynnego „Zapory”. Dowodził pięćdziesięciopięcioosobowym plutonem, który był częścią Kedywu, czyli oddziałów AK do specjalnych zadań. Wiosną 1944 roku na rozkaz pułkownika Emila Fieldorfa „Nila”, który wcześniej wizytował jego oddział partyzancki, przyjechał do Warszawy. Został instruktorem wyszkolenia bojowego Batalionu „Parasol”.

Będąc w partyzantce, Janusz Brochwicz-Lewiński dwukrotnie spotkał się ze swoją matką Jadwigą. Raz w Lublinie, po raz drugi w Puławach. Ale „Gryf” – gawędziarz, który przez ostatnie lata setki razy opowiadał o swoich losach wojennych i powojennych – starannie omija temat matki i rodziców.

– To są intymne sprawy między matką a synem. Pozostaną moją własnością – odpowiada oburzony, gdy próbuję dowiedzieć się o szczegółach tych dwóch spotkań. – Nie wszystko jest na sprzedaż!

Po chwili dodaje jednak kilka zdań:

– To jest tragiczna postać, która utraciła więcej niż syn – mówi o matce. – Dostatni dom, męża, który przeżył gehennę gdzieś w sowieckim łagrze, pracując w kopalni złota. Wyciągnięty cudem przez kolegów z armii Andersa, schorowany, zmarł w Londynie w 1952 roku. Nigdy go więcej nie widziała. Podobnie jak syna, który uszedł z życiem i poszedł na tułaczkę, na poniewierkę. Ciągle, przez całe życie drżała o niego.

Kiedy generał w tych rzadkich chwilach mówi głośno o matce, głos mu się łamie. Widać wzruszenie. Nawet się nie domyśla, jak bliskie mi jest jego doświadczenie.

Cud trzeci

Gdyby generał Brochwicz Lewiński robił ranking cudów swojego życia, ten byłby na pierwszym miejscu. Wydarzył się w ósmym dniu powstania warszawskiego.

Kilka dni wcześniej, 2 sierpnia 1944 roku, Brochwicz z 4. Plutonem 1. Kompanii Batalionu AK „Parasol” był w kościele Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przy ulicy Żytniej, który był najbliższy miejsca zbiórki powstańców na Woli.

– Poprosiliśmy kapelana „Parasola”, aby odprawił dla nas mszę świętą, zanim zacznie się akcja – mówi generał.

Nie wiedział wtedy, że postać Jezusa Miłosiernego na obrazku, który miał w kieszeni powstańczej kurtki, ukazała się zakonnicy z tego zgromadzenia. Nie wiedział, że była nią siostra Faustyna, która modliła się w tym kościele i mieszkała w tym klasztorze. Nie wiedział też, że Jezus powiedział Faustynie, iż „dusza, która czcić będzie ten obraz, nie zginie. Obiecuję także, już tu na ziemi, zwycięstwo w nad nieprzyjaciółmi, a szczególnie w godzinę śmierci. Ja sam bronić jej będę jako swej chwały”. Orędzie Jezusa przekazane siostrze Faustynie znali wówczas nieliczni. Jeszcze mniej osób wiedziało o Dzienniczku i wizji Faustyny, w której ujrzała zagładę Warszawy.

Po raz drugi w kościele przy Żytniej Janusz Brochwicz-Lewiński znalazł się sześćdziesiąt lat później, w 2005 roku, gdy powrócił do Polski z emigracji. Poznał to miejsce. Pamiętał dobrze, gdzie stała jego grupa szturmowa 2 sierpnia 1944 roku w czasie mszy świętej o godzinie 10.00. W okolicach tego kościoła walczył w nocy z 6 na 7 sierpnia 1944 roku. Było to już po słynnej obronie pałacyku Michla, którą dowodził, a która była jednym z największych powstańczych zwycięstw. Za tę akcję, utrwaloną w słynnej piosence Pałacyk Michla, Żytnia, Wola... dostał Order Virtuti Militari. Był pierwszym powstańcem odznaczonym tym najwyższym odznaczeniem wojskowym. Ordery, awanse i nagrody otrzymało wielu jego przodków używających herbu Brochwicz. Walczyli już u boku Bolesława Krzywoustego na Pomorzu, a potem księcia Henryka Pobożnego pod Legnicą. Wyjeżdżali na wyprawy krzyżowe, bili się pod Grunwaldem. W czasie drugiej wojny światowej Brochwicze stali po dwóch stronach frontu. Wywodzący się z nadreńskiej gałęzi rodu Walter von Brauchitsch do 1941 roku był naczelnym dowódcą wojsk lądowych Wehrmachtu. Natomiast generał brygady Antoni Bolesław Brochwicz-Lewiński, stryj Janusza, był ministrem obrony w Rządzie RP na uchodźstwie.

Dla Janusza Brochwicza-Lewińskiego walki powstańcze zakończyły się 8 sierpnia 1944 roku, gdy dowódca Batalionu „Parasol” kapitan Adam Borys „Pług” skierował jego pluton na cmentarz ewangelicki. Niemcy rozstawili tam stanowiska ogniowe, zadając powstańcom wiele start.

– Dowódca chciał, abym Niemców stamtąd wyrzucił i dał im po skórze – tłumaczy generał rozkaz „Pługa”. – Na początku dobrze nam szło. Oni jednak mieli tę przewagę, że byli w mundurach terenowych, mieli karabiny z lunetami i polowali na dowódców. Strzelali w serce albo w brodę. Jeden ze strzelców wypatrzył mnie. Strzelił mi w brodę. – Generał pokazuje miejsce, w które uderzył pocisk. – Rąbnął tu, ale kula wyszła tu. – Pokazuje prawy policzek z blizną. – W chwili gdy dosięgała mnie kula, obróciłem głowę. Akurat w tym momencie. Gdybym tego nie zrobił, kula przeszyłaby mnie na wprost i wyszła tu. – Pokazuje potylicę. – I byłoby po mnie. Do widzenia.

Generał wie, co mówi. Nieraz widział ludzi zabitych takimi strzałami. Wie, że właściwie nie powinien żyć. To, że przeżył, było cudem. Trzecim cudem. Kiedy leżał ranny na cmentarzu, przeszedł śmierć kliniczną. Dotknął innej czasoprzestrzeni.

– Po ugodzeniu pociskiem miałem poczucie, jakby coś podrzuciło mnie do góry jak piłkę. Upadłem na płytę grobowca, zacząłem krwawić i straciłem przytomność. Wtedy wyszedłem z ciała. Zostało na dole, na cmentarzu, a ja pofrunąłem do góry. Widziałem niebieskie niebo, piękne słońce i szeroki zielony wąwóz, w którym fruwałem. Nic mnie nie bolało. Było zielono, ciepło i przyjemnie. Nagle przed oczami ujrzałem film z mojego życia. Widziałem moment, gdy jako dziecko wpadłem do dołu z wapnem i zostałem wyciągnięty na pół żywy; chwilę gdy w czasie łowienia ryb wpadłem do wody. Widziałem twarz matki i twarz ojca, jakieś przeżycia szkolne, trochę wydarzeń z wojska i partyzantki. To było tak wyraźne, jakbym patrzył na ekran w kinie. W pewnym momencie film się skończył. Poleciałem dalej. Musiałem jednak się zatrzymać, bo to był już koniec zony – generał często wtrąca obce słowo określające strefę. – Za nią musiała być jakaś druga zona, po której przejściu – tak sobie wyobrażam – nie ma już powrotu na ziemię. Spojrzałem w dół. Zobaczyłem tunel, na którego końcu leżało moje ciało. Widziałem swoją powłokę, taką małą. – Generał pokazuje palcami kilkucentymetrowy odcinek. – I nagle jakaś potężna siła wcisnęła mnie w tę powłokę. Stałem się normalnym, dużym człowiekiem. W jednej chwili zaczęło mnie wszystko boleć. Na szczęście znowu straciłem przytomność. Obudziłem się na łóżku w szpitalu.

„Gryf” nie wie, jak długo był nieprzytomny. Wie tylko, że po zranieniu, z ogromną dziurą w głowie, jak mówi, „wielkości spodka od herbaty”, został przewieziony do szpitala powstańczego przy ulicy Freta na Starówce. Sanitariuszka, która robiła mu opatrunek, podobno zemdlała.

– Wyglądałem jak baran, którego rżną w łeb. Jeszcze miałem pół głowy – generał Brochwicz opowiada z humorem najtragiczniejsze wydarzenie w życiu. – W szpitalu doktor zszył tę dziurę i tyle, nic więcej nie mógł pomóc. Szczęka była rozwalona pociskiem w trzech miejscach. Język miałem spalony. Byłem spuchnięty do tego stopnia, że koledzy, którzy przychodzili mnie odwiedzić, nie poznawali mnie. Przechodzili obok łóżka. Wyglądałem jak King Kong. Jak duża małpa – śmieje się. – Twarz spuchnięta, oczu nie było widać. Przez prawie sześć tygodni nie mogłem mówić. Nie jadłem, tylko piłem. Leżałem bez ruchu. Nie wiem, jak sobie dawali ze mną radę.

Jeszcze bardziej niezrozumiałe jest to, jak w tym stanie przeżył ewakuację ze Starówki do Śródmieścia. 31 sierpnia 1944 roku wszedł do kanałów, mimo iż wpuszczano tylko tych, którzy mogli iść o własnych siłach. Dwóch nieznanych mu powstańców wlokło go zanurzonego po szyję w brunatnej mazi. Przez dwadzieścia sześć godzin, bo tyle zajęło im przejście kanałami około tysiąca ośmiuset metrów. Na powierzchnię wyciągali go linami. Obrazek z napisem „Jezu, ufam Tobie” miał przy sobie.

Wielu powstańców „Parasola” było przekonanych, że „Gryf” zginął na cmentarzu ewangelickim, a Virtuti Militari zostało mu przyznane pośmiertnie. Pogląd ten utrwalił w książce Ziele na kraterze Melchior Wańkowicz, którego córka Krysia, łączniczka „Parasola”, zginęła 6 sierpnia 1944 roku. Ale „Gryf” żył.

 

Cud czwarty

Po kapitulacji powstania 5 października 1944 roku – a była to także szósta rocznica śmierci siostry Faustyny – podporucznik Brochwicz-Lewiński trafił do obozu przejściowego w Lambsdorf. Stąd w grudniu 1944 roku został przewieziony do oflagu Murnau 7A w Niemczech. Tę nazwę: „Murnau 7A”, i datę 5 października 1944 zapisał na rewersie obrazka Jezusa Miłosiernego. Gdy pod koniec kwietnia 1945 roku Amerykanie wyzwolili oflag, miał początki gangreny. Alianci natychmiast wsadzili go do sanitarki, która obrała kurs na lotnisko wojskowe koło Monachium, skąd miał odlecieć do szpitala wojskowego w Paryżu. Ale wojna jeszcze trwała, Niemcy się bronili. W okolicach Würzburga sanitarkę zaatakował niemiecki myśliwiec. Samochód przeszyła salwa z karabinu maszynowego.

– Pociski trafiły w rannego oficera, który w sanitarce leżał nade mną. Z góry lała się na mnie krew. Byłem nią tak przemoczony, że szofer musiał mi dać coś do przebrania.

W Monachium wsadzono Brochwicza do samolotu do Paryża. Gdy wreszcie znalazł się w 94. Wojskowym Szpitalu Amerykańskim, okazało się, że oddział transplantacji kości został już ewakuowany. Po tygodniowym leczeniu penicyliną wypisano go. Pod koniec maja 1945 roku był już w Londynie, u generała Tadeusza Bora-Komorowskiego, naczelnego wodza. Został przydzielony do 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej, która stacjonowała w Szkocji. Tam, w szkockim szpitalu, przeszedł operację transplantacji kości – z biodra do szczęki. Było to już trzynaście miesięcy po tym, jak został ranny, dlatego lekarze nie mieli specjalnych nadziei na rewelacyjne efekty. Dziwili się, że w takim stanie w ogóle żyje. Był dla nich dowodem niebywałych możliwości ludzkiego organizmu.

W szpitalu Brochwicz spędził pół roku. Dzisiaj po dziurze w szczęce „wielkości spodka od herbaty” została tylko nieduża blizna. I pamięć generała o cudownym ocaleniu życia. Wiele lat po wydarzeniach na cmentarzu ewangelickim w Warszawie generał rozmawiał z lekarzami w Wielkiej Brytanii i w Niemczech o tym, co przeżył podczas śmierci klinicznej. – Mówili, że mieli takie przypadki jak mój. Każda z tych osób miała identyczne doświadczenia: film z życia, brak bólu i podróż w przestrzeni. Dla mnie to, co przeżyłem, oznacza, że istnieje życie po życiu. Umieramy tylko jako ciało. A to, co z niego wychodzi, żyje wiecznie. To znaczy, że w przestworzach musi być dużo, dużo ludzi, których my, na ziemi, nie widzimy.

 

Cud piąty

Po zakończeniu wojny porucznik Janusz Brochwicz-Lewiński został na Zachodzie. Musiał zostać.

– Gdybym wrócił, byłbym w piachu jak Pilecki, Fieldorf, jak „Zapora” – wymienia nazwiska bohaterów. – Jak inni, którzy walczyli o Polskę i za nią ginęli, bo chcieli, aby była wolna.

O tym, aby nie wracał, bo zginie, napisała mu także matka w liście przemyconym przez Szwajcarię. Pisała, iż modli za niego. Nieustannie. Jadwiga Brochwicz-Lewińska po wojnie zamieszkała u rodziny w Szczecinie. Gdy nastał stalinizm, musiała się ukrywać. Pochodzenie oraz pobyt syna i męża na Zachodzie dawały aż nadto powodów, by ją zamknąć w więzieniu. Ale również po nastaniu politycznej odwilży esbecy nachodzili ją, zmuszali, by pisała do syna listy, namawiając, aby wrócił do Polski. A ona modliła się, by został za granicą. Modliła się, by Jezus Miłosierny go ochraniał. Początkowo listy były bardzo rzadkie, przekazywane w strachu przez łańcuch pośredników, okrężną drogą. Z czasem było ich więcej. Generał przechowuje wszystkie listy od matki w swoim mieszkaniu w Hamm w Niemczech. W jednym z nich, zabranym do Warszawy, matka pisała: „Synku mój drogi, ten kwiatek jest z procesji Bożego Ciała. Taka tęsknota w duszy mej, tak myślami często jestem z Tobą i stale o Ciebie się modlę, prosząc Boga o zdrowie dla Ciebie, by Cię chronił od zła wszelkiego”. Nie spotkali się już nigdy. Gdy zimna wojna w Europie się zakończyła, pisali do siebie częściej. Z czasem syn mógł przez znajomych przekazywać matce pieniądze. Ona przysyłała mu w listach religijne obrazki i modlitwy. Na jednym z nich z wizerunkiem Matki Bożej Licheńskiej napisała: „Synku Kochany, codziennie odprawiam w Twojej intencji siedem mszy św.”.

Obrazek Jezusa Miłosiernego „Gryf”, który w październiku 1947 roku wstąpił do armii brytyjskiej, wciąż miał przy sobie. Towarzyszył mu w Palestynie, Sudanie, Egipcie, Syrii, Gibraltarze, na Malcie, w Grecji, Rumunii i wielu innych miejscach, gdzie bywało równie niebezpiecznie jak w czasie wojny. Jego obecności i modlitwom matki przypisuje kolejne cudowne ocalenia życia.

– Kilka razy byłem w sytuacjach, z których nie mogłem wyjść cało, a wychodziłem. Cuda się działy, naprawdę.

Piąty cud w życiu Janusza Brochwicza-Lewińskiego wydarzył się w kwietniu 1947 roku w Palestynie, która była wówczas protektoratem brytyjskim.

– W Hajfie stała się rzecz paskudna. Żydowska organizacja terrorystyczna Irgun Cwai Leumi kierowana przez Menachema Begina i organizacja Stert Gang złapały jedenastu brytyjskich żołnierzy. Młodych chłopców, dziewiętnastoletnich rekrutów, którzy poszli wieczorem do restauracji na piwo. Wzięli ich do niewoli i powiesili na ulicznych latarniach. Brytyjczycy byli wściekli. Kilka dni później byłem na patrolu. Z drugim oficerem chcieliśmy obejrzeć kilka domów, w których terroryści mieli kryjówki, aby następnego dnia wykurzyć ich czołgami. I wtedy zostaliśmy napadnięci przez dziesięciu terrorystów. Obaj mieliśmy karabiny maszynowe i pistolety. Udało mi się zabić trzech napastników. Reszta uciekła. Byłem wtedy bardzo blisko śmierci – mówi lakonicznie, choć dłuższa opowieść pewnie i tak nie oddałaby dramatyzmu sytuacji.

Janusz Brochwicz-Lewiński przez dwadzieścia z trzydziestu ośmiu lat służby w armii brytyjskiej był agentem wywiadu. Wysokiej klasy agentem. O tym okresie opowiada niechętnie.

– Nie wiem, kto i do czego użyje moich informacji. Kto da rozkaz, by tego frajera puścić na tamten świat – mówi.

Co innego, gdybym chciała usłyszeć na przykład o tym, jak od 1954 do 1960 roku służył w Pułku Przybocznym Huzarów Gwardii Królowej Elżbiety II. O tym, jak ochraniał królową, a wcześniej króla Jerzego VI oraz księżniczkę Małgorzatę, której styl bycia, łącznie z zamiłowaniem do mocnych trunków, miło wspomina.

Cud szósty

Przez wiele lat Janusz Brochwicz-Lewiński jako oficer brytyjski mieszkał w Niemczech. Najpierw gdy służył w brytyjskiej strefie okupacyjnej, a następnie w stacjonujących tam brytyjskich jednostkach wojskowych, najdłużej w Hamm w Północnej Nadrenii.

Szósty cud wydarzył się natomiast w Lubece w 1948 roku, gdy ochraniał brytyjsko-rosyjską linię demarkacyjną.

– Robiłem dobrą robotę – to częste określenie generała.

Dobra robota polegała na łapaniu bolszewickich agentów, którzy z terenu Niemiec Wschodnich, gdzie była rosyjska centrala szpiegowska, przechodzili do Bundesrepubliki. W tej „robocie” bardzo przydawała się jedna z wielu umiejętności generała: świetna znajomość języków obcych, w tym słowiańskich. Była pomocna w przesłuchiwaniu uciekinierów ze Wschodu i wyłapywaniu agentów. Takie zadanie wykonywał też pewnej nocy w listopadzie 1948 roku.

– Była piąta rano, gdy jechałem łazikiem po wale nad rzeką Łabą, wzdłuż której przebiegała linia demarkacyjna. Wracałem zmęczony po przesłuchaniu kilku osób zatrzymanych przez patrol. Wielokrotnie jeździłem tą trasą. Nagle w moim kierunku poszła seria pocisków – opowiada o scenie jakby wyjętej ze szpiegowskiego filmu. – Rosjanie wzięli mnie na cel.

Z tej pułapki nie miał prawa wyjść żywy. Mechanicy naliczyli w jego samochodzie osiemnaście dziur.

 

Cud siódmy

Pięć lat później, 2 stycznia 1953 roku, Janusz Brochwicz-Lewiński miał poważny wypadek samochodowy. Jest przekonany, że była to próba zamachu na jego życie.

– Stacjonowałem w jednostce w Iserlohn w Westfalii, ale mieszkałem w miejscowości oddalonej o pięćdziesiąt kilometrów. Do pracy dojeżdżałem fordem zodiakiem. Tego dnia jechałem wolno, gdyż było ślisko. Miałem zapalone światła, dobre opony. Znałem drogę, wszystkie zakręty na niej. – Generał dobrze pamięta tamten poranek. – Nagle z bocznej ulicy wyskoczył na mnie wielki dziesięciotonowy samochód. Uderzył mnie w bok. Mój samochód się przewrócił, wpadł do rowu. Zostałem w aucie zakleszczony. Powinienem być trupem na miejscu.

Ale przeżył. Nie pierwszy raz. Był bardzo pokaleczony, miał rozbitą głowę, połamane żebra. Mocno krwawił.

– Gdy przyjechała straż ogniowa i rozcinała wóz, żeby mnie z niego wyciągnąć, słyszałem, jak mówiono, że umieram. Lekarz w sanitarce wiozącej mnie do szpitala wojskowego mówił, że jestem tak wykrwawiony, że nie dojadę żywy. A ja z tego wyszedłem.

W szpitalu spędził dwa miesiące, z czego cztery tygodnie na oddziale intensywnej opieki. W wypadku stracił obrazek z wizerunkiem Jezusa. Ale nie na długo. Przyniosła mu go pielęgniarka, uprzednio oczyściwszy z krwi.

– Wiele razy traciłem wszystko, co miałem, lecz obrazek zawsze odnajdywałem. Może dlatego, że był w legitymacji wojskowej, a potem w legitymacji wywiadu? – zastanawia się. – Patrzyłem na ten obrazek całe życie i dziękowałem Opatrzności Bożej, że takie cuda się w nim działy.

Cud ósmy i dziewiąty

Cuda zdarzały się nie tylko wtedy, gdy był czynnym oficerem brytyjskiej armii i gdy jako agent balansował na granicy życia i śmierci.

– Dwa razy chciano mnie wykończyć tu, w Warszawie. – „Gryf” patrzy z uwagą na moją reakcję. – Zostałem otruty. Raz w restauracji i raz w domu. W restauracji zamówiłem pieczeń, długo na nią czekałem. Nie smakowała mi, miała lekarski smak. Zjadłem niedużo, resztę zostawiłem na talerzu. Wyszedłem z restauracji, a po dziesięciu minutach zaczęło mi się w głowie kręcić tak, jak kręci się zabawka-bąk. Nie mogłem chodzić, w domu trzymałem się ściany – opowiada. – Przeżyłem tylko dzięki temu, że nie zjadłem całej pieczeni. Inaczej bym zdechł. – Generał używa czasem mocnych, żołnierskich słów.

Za drugim razem trucizna miała znajdować się w czekoladkach, które ktoś przyniósł mu w prezencie.

– Po dwudziestu minutach od wyjścia gościa dostałem silnych boleści. Zostałem sparaliżowany – nie mogłem ruszyć ani ręką, ani nogą. Byłem sztywny. Nie mogłem pójść do łazienki. Zdołałem się tam doczołgać i miałem szczęście, że zacząłem wymiotować. Leżałem chyba z dziesięć godzin, zanim powoli zaczęło puszczać i mogłem znowu się ruszać.

Generał uprzedza moje pytanie:

– Nie było mowy, abym zaangażował w to policję. Musiałem przetrwać i wykurować się sam. Ktoś planował, abym powoli wykitował. Wiedziałem, że grupie osób zależy, abym zniknął z horyzontu. Może bały się, że wiem za dużo o ich prawdziwej przeszłości? O ich działalności agenturalnej? Może bały się, że ich zdemaskuję?

Cud dziesiąty

– Powrót generała do Warszawy to też sprawa Jezusa Miłosiernego – mówi Agnieszka Bogucka, szefowa warszawskiego oddziału Wspólnoty Polskiej, która ma ogromny udział w ponownym zamieszkaniu Janusza Brochwicza-Lewińskiego w Polsce. – Kiedy wreszcie w 2002 roku generał zgodził się przyjechać na obchody rocznicy wybuchu powstania warszawskiego, był tak chory, że przez cztery z pięciu dni pobytu nie mógł brać udziału w uroczystościach. We wrześniu, przy okazji pobytu w Niemczech, odwiedziłam generała w Hamm. Zobaczyłam, że żyje bez opieki. Gdyby się nie zdecydował na powrót do Polski, myślę, że już by nie żył. – Agnieszka Bogucka mówi z przekonaniem osoby, która od lat czuwa nad zdrowiem generała. Jest też jego nieoficjalnym menadżerem, ale przede wszystkim wielkim przyjacielem.

Janusz Brochwicz-Lewiński chciał wrócić do Polski, ale jednocześnie się tego obawiał. Jako oficer brytyjskiego wywiadu, który wyłapywał radzieckich szpiegów i wiedział o agenturalnej przeszłości wielu prominentnych postaci III RP, zdawał sobie sprawę, że ma tu wielu wrogów. Niemniej od 2002 roku, gdy przyleciał do Warszawy po raz pierwszy po pięćdziesięciu ośmiu latach, bywał tu coraz częściej. W 2004 roku zdecydował się przeprowadzić na stałe. Miał wówczas osiemdziesiąt cztery lata. To nie jest dobry wiek na zmianę miejsca zamieszkania, a tym bardziej na zmianę kraju, nawet gdy jest nim dawno opuszczona ojczyzna. Do takiej decyzji trzeba było wiele odwagi, której nigdy mu nie brakowało. Ale trzeba było też ufności w Bożą opiekę, której dowodów przez całe życie miał aż nadto wiele.

– Gdy w 2002 roku wysłałam do generała zaproszenie na obchody rocznicy powstania, przysłał mi list, w którym był ten obrazek. – Agnieszka Bogucka wskazuje na ścianę. Na obrazek Jezusa Miłosiernego! – Pamiętam, że gdy go zobaczyłam, usiadłam z wrażenia.

W liście generał nie napisał nic o obrazku. Na moje pytanie, dlaczego go wysłał, odpowiedział:

– Po prostu to zrobiłem.

Ale dla Agnieszki Boguckiej to był znak. Wiedziała, że musi się zaopiekować generałem. Teraz ona. Jadwiga Brochwicz-Lewińska nie żyła bowiem już od kilkunastu lat. Zmarła w 1985 roku, na kilka lat przed upadkiem muru berlińskiego. Miała osiemdziesiąt pięć lat. Zmarła w tym samym roku, w którym „Gryf” przeszedł na emeryturę. Gdy zakończył wojskowo-wywiadowczą służbę, w czasie której chroniła go modlitwa matki.

W małej kuchni w warszawskim mieszkaniu generała wisi kalendarz z wizerunkiem Jezusa Miłosiernego. Kupił go dawno, w niedzielę Bożego Miłosierdzia w 2005 roku, gdy po raz pierwszy od czasów powstania odwiedził kościół przy ulicy Żytniej w Warszawie. Lata mijają, a kalendarz wisi. „Gryf” lubi ten wizerunek Jezusa Miłosiernego, mimo iż w pokoju ma olejny obraz dużych rozmiarów, namalowany przez profesjonalnego artystę, a ofiarowany mu przez żołnierzy jednostki GROM. Gdy się modli, siada jednak w kuchni.

– Ten wizerunek Jezusa jest dla mnie ołtarzem – wyznaje z chłopięcym uśmiechem. – Nie położę się spać, dopóki nie porozmawiam z moim Jezusem.

To jeden z dwunastu reporatży o cudach św. Faustyny i Jezusa Miłosiernego, jakie ukazały się w mojej książce ‚Cuda św. Faustyny”, Kraków 2015.

 

 

 

 

 

 

 

Zgłoś post do moderacji