Skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy?


 

Tak postawione pytanie, będące skądinąd tytułem najsławniejszego obrazu Gauguin`a, można ubrać w szaty filozoficznej zadumy nad życiem, pasującej przełomowi lat, ale można także przyoblec je w na pół błazeńskie odzienie polityki.

 

Męczy mnie już nawet patrzenie na tytuły postów w Facebooku, jątrzące, nienawistne, zapowiadające artykuły z których wylewa się jad i zniewaga dla przeciwnika. Ale męczy mnie także jednostronna propaganda sukcesu lub klęski, jaką uprawiają na fejsie nie tylko działacze partyjni, ale także zarażeni (lub zarażani) tą propagandą zwykli śmiertelnicy.

 

Mógłbym napisać, że mało kto jest w stanie zmusić się do próby ciut obiektywnego popatrzenia na rzeczywistość i próby wyciągnięcia wniosków wypranych z emocji politycznych i ideologicznych, gdyby nie to, że wiem, iż większość zacietrzewionych dyskutantów obu stron rowu uważa, że tak obiektywnymi ocenami rzeczywistości, jak ich, to nie dysponuje żaden ich przeciwnik. Więc daremne próby

 

Stanie pomiędzy zwaśnionymi stronami zawsze jest niebezpieczne, bo dla każdego jest się jeśli nie wrogiem,  to podejrzanym. To takie siedzenie okrakiem na barykadzie. Albo groźba wpadnięcia do dzielącego rowu, pełnego fekaliów, brudu i kłamstwa.

 

Ale już dłużej nie mogłem. W kilkudziesięciu przypadkach zablokowałem opcję śledzenia znajomych, wcześniej kilkadziesiąt osób z listy znajomych wyrzuciłem. Niektórzy się obrazili, dla większości to było obojętne.

Czy to dobra metoda? Nie wiem. Przecież to coś, co nazywam nienawiścią fejsbukową, nadal ma miejsce. Tyle tylko, że ja tego nie dostrzegam, lub dostrzegam mniej.

To pewnie tak, jakby stłuc termometr, by nie wiedzieć, że ma się gorączkę. Dla swojego komfortu psychicznego musiałem tak postąpić. Mnie nie płacą za to, bym się zajmował i przejmował wszystkimi politycznymi frustratami czy słuchał partyjnej propagandy.

 

Staram się zachować rozsądek i zdrowy dystans do polityki. Polską politykę toczy choroba. Różne są jej chwilowe objawy. Do niedawna była nią znieczulica dużej części politycznego organizmu. A może tylko znieczulenie. W każdym razie nie przyjmował bodźców, pokazujących, że niektóre jego części są chore. A tak można szybko „kopnąć w kalendarz”. Co zresztą nastąpiło. Opisując wiele z tych sytuacji apelowałem o zmianę. Chciałem zmiany. Chciałem zmiany rządu na bardziej czujący narastające polskie problemy, umiejący i chcący je rozwiązywać. A przecież tych problemów było wiele. Chociażby reforma wymiaru sprawiedliwości. Bardzo mi na niej zależało.

 

Tyle tylko, że jak obserwowałem kupczenie swoją godnością przez sędziów Trybunału Konstytucyjnego za czasów PO, to do głowy mi nie przyszło, że pod rządami PiS będzie tylko gorzej. Ci którzy mieli być dla obywateli wzorem w poszanowaniu prawa pokazują im, że dla pieniędzy można się sprzedać jak ulicznica. Dla dużych pieniędzy – dodajmy. Ale jednak pieniędzy. O adwokatach z prywatyzacji Warszawy, o skorumpowanym sądach w Krakowie i okolicach nie trzeba przypominać.  Tyle tylko, że lekarstwem na źle działający wymiar sprawiedliwości  nie może być jego podporządkowanie władzy. Ubezwłasnowolnienie. A za pieniądze i trochę strachu można to osiągnąć.

 

Jak wyławiam z mediów sygnały o lustrowaniu wszystkich, nie tylko sb-ków, ale członków najróżniejszych reżimowych organizacji, o zabieraniu emerytur, o próbach pozbawiania koncesji do nadawania dla niesłusznych stacji telewizyjnych, o wymierzaniu tzw. sprawiedliwości społecznej, jak widzę zorganizowane sianie nienawiści, kopanie coraz głębszych podziałów w społeczeństwie, jak widzę kupowanie szerokich rzesz społeczeństwa obniżką wieku emerytalnego, co zaskutkuje katastrofą finansów publicznych w przyszłości,  to zastanawiam się, czy lekarstwo nie jest gorsze od choroby. A przecież wymieniłem tylko maleńką część niepokojących sygnałów, które co dzień docierają do mnie. Mimo selekcji na fejsie.

 

Bezradna opozycja miota się w Sejmie, miota się na ulicach, miota inwektywy, tak jak to zresztą czyni strona przeciwna, i cała się w tym miotaniu jest zamotana. Im zamotanie większe, tym szarpanie się też wzrasta. A w odpowiedzi na nie wzrastają też siłowe próby opanowania szarpania.

 

Ale to jakby naturalne. To jakby wpisane w nasz narodowy charakter, może w nasz los także. Ale co innego budzi moje większe zdziwienie i trwogę. Nie mogę sobie wytłumaczyć, jak to jest, że w kraju, w społeczeństwie podobno najbardziej religijnym w Europie – nie licząc Muzułmanów – znalazły się takie pokłady nienawiści, żądzy zemsty, chęci wyrównywania – prawdziwych czy urojonych – krzywd, które miały miejsce kilkadziesiąt lat temu, wobec ludzi, którzy albo są już starzy i bardzo starzy, albo leżą w grobach. Jak to jest – pytam sam siebie - że w kraju Świętej Faustyny, Bożego Miłosierdzia, zemsta jest tym, co się odmienia przez przypadki w codziennych rozmowach rodaków, co bardzo wielu z nas popiera. Więcej, w nawoływaniu do wymierzania sprawiedliwości społecznej uczestniczą osoby duchowne. Wierzę, że nieliczne, ale takie są. W stanie wojennym zginęło 56 osób. Dużo. W latach stalinowskich mogło zginąć kilkadziesiąt tysięcy. Bardzo dużo. W hiszpańskiej wojnie domowej i po niej zginęło ponad pół miliona ludzi, niektórzy twierdzą, że nawet milion. Hiszpanie w 1975 roku wybaczyli sobie wzajemnie. Polacy nie potrafią. A przecież Hiszpanie to zeświecczony narów, a Polacy to… No kto? Kim my jesteśmy? Na co nam święty Jan Paweł II i święta Faustyna? Czy Chrystus jest królem tylko dla Polaków wyselekcjonowanych politycznie? Dlaczego w narastającym sporze nie słyszę głosu mojego Kościoła? Dlaczego brak apeli o umiar w sporach, o odrzucenie nienawiści, o – jeśli nie zgodę – przynajmniej szanowanie się wzajemne?

 

Teraz dochodzi do kompletu nienawiść rasowa. W Ełku wylało się szambo, napełniane sukcesywnie od jakiegoś czasu. Przelało się. Nie wiem, nie znam szczegółów, to powinno ocenić śledztwo i sąd, jeśli jest jeszcze niezawisły, ale widzę dziki tłum, żądny zemsty i mordu. I policję, która biernie patrzy na początki linczu. W państwie, które mieni się państwem prawa.

 

Boję się przyszłości. Boję się nienawiści, która zabija. Nie tylko ludzi. Także społeczeństwa. Także państwa. A wrogowie tylko czekają. Na głupią, słabą Polskę, która sama siebie zniszczy i wyda na żer.

 

Rozdzióbią nas kruki, wrony..? Czy zbyt patetycznie?

 

 

 

Zgłoś post do moderacji