"Klątwa" przełamana


"Przypadek to ulubione imię Ducha Świętego". Takim właśnie "przypadkiem" krótko po premierze "Klątwy" było zaplanowane wcześniej wystawienie na festiwalu teatrów studenckich w Warszawie "przeróbki" "Fausta" Goethego przez teatr ITP z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Recenzję z tego wydarzenia napisał Piotr Zaremba (http://wpolityce.pl/kultura/331384-piotr-zaremba-znow-chwale-teatr-itp-za-chrzescijanski-musical-o-fauscie), a moja żona dopisała własną, którą poniżej zamieszczam. Uderza profetyzm tej napisanej wcześniej niż premiera "Klątwy" "przeróbki", w której Faustem jest reżyser kuszony teatralnym sukcesem za każdą cenę. Oto katolicka odpowiedź na prowokacje.

 

 „Faust. Więcej światła” w wykonaniu studenckiego teatru ITD z KUL to prawdziwy „Faust”. Niech widza nie zwiedzie dwupłaszczyznowość akcji, nie mamy tu do czynienia z modnym dziś „uwspółcześnianiem” klasycznych utworów poprzez zmianę ich języka, kontekstu i scenografii. Uwspółcześnienie nie jest tu sztucznym zabiegiem, wynika z ponadczasowości utworu Goethego, w którym przecież postacie dramatu swobodnie przenoszą się zarówno w czasie, jak i w przestrzeni, a nawet meta-przestrzeni. Różnorodność form choreograficznych przy jednoczesnym ascetyzmie scenografii zgrabnie to podkreśla. To, że odwieczna akcja skupiła się na chwilę na naszych czasach, jawi się jako zupełnie naturalne, tak naturalne, jak dla myśli chrześcijańskiej przenikanie się w czasie i przestrzeni sfery ziemskiej i niebiańskiej  - co wyraźnie widać w obu wątkach, oryginalnym i współczesnym.

Jednakże istnieją pewne różnice w odbiorze „Fausta” oryginalnego i „dzisiejszego”, różnice konieczne, wynikające z faktu, że w sposób oczywisty uwspółcześnieniu uległ autor (mam na myśli te części, które nie są napisane przez Goethego) i odbiorca.

W pewnej mierze „Faust” Goethego jest sztuką o teatrze, Prolog dramatu rozgrywa się wszak jako dialog króla, poety a wesołka, a dotyka napięcia pomiędzy wzniosłością tragedii i trywialnością, ale zarazem zdrową przaśnością pospolitości. Rzecz w tym, aby nie zatracić proporcji, nie zdeformować w ten sposób prawdy, jaką chce w końcu, na swój sposób, pokazać prawie każdy teatr. W lubelskim spektaklu dobrze zostały wyważone proporcje między dramatem a elementami humorystycznymi, komediowymi wręcz. Dzięki temu zabiegowi treść nabrała pewnej żywotności, zbliżyła się do życia w jego wieloaspektowości, nie tracąc nic z powagi przesłania. Dzisiaj, kiedy właśnie przy okazji wystawiania przez Teatr Powszechny w Warszawie skandalizującej i skandalicznej „Klątwy” toczy się fundamentalny spór o rolę reżysera, granice wolności artystycznej i jednocześnie artystycznej odpowiedzialności w stosunku do widzów i aktorów, osadzony w realiach teatru lubelski współczesny „Faust” staje się ożywczą odpowiedzią. Mimo rzeczywiście bogatej i ciekawej oprawy muzycznej (partie wokalne solowe lub chóralne, te ostatnie połączone z układami choreograficznymi) nie nazwałabym jednak tego spektaklu musicalem, gdyż takie zaklasyfikowanie wpływa trochę, moim zdaniem, na nieco „lżejszy” odbiór treści. Tymczasem „Faust. Więcej światła” do inscenizacji „łatwych, lekkich i przyjemnych” jednak nie należy. Nie polemizując wprost z teatralnymi nowinkami, nie mając nawet takiego zamiaru, wykorzystując jednocześnie nowoczesne formy wyrazu (świetna choreografia i równie znakomity pomysł obsadzenia w roli androgenicznego Mefista Elżbiety Redko!) jawi się po prostu jako normalność, czysty teatr, który owszem – chce sięgnąć po „rząd dusz”, aby przekazać widzom swoje przesłanie, ale czyni to jedynie stricte teatralnymi środkami. Dzięki temu, zachowując społeczne normy i formy, już choćby przez to wpisuje się siłą rzeczy we współczesny kontekst dyskusji o teatrze. To jednak dygresja.

 Istotniejsza jest różnica w postrzeganiu relacji między Bogiem a człowiekiem u obu autorów. Bóg Goethego jest przedsoborowo daleki, dający Mefistofelesowi przyzwolenie dla kuszenia Fausta, i z dystansu spokojny o wynik zakładu. Bóg ukazany w wersji współczesnej jest blisko człowieka, czuwa nad nim, osobiście zatroskany o jego dobro, służąc mu w osobach innych ludzi, przemawiając doń czasem w sposób niejawny, czasem wprost, całkiem bezpośrednio interweniując.

Inna, na pozór drobna różnica, zawarta jest w przesłaniu sztuki. U Goethego tym, co ratuje Fausta przed wiecznym potępieniem jest, owszem, miłość, ale przede wszystkim czyn, dążenie, idące wreszcie w parze z miłością, jednak już nie ku jednej osobie, lecz ku społeczeństwu, ludziom jako zbiorowości. Adam Łoniewski ,kończąc opowieść na części pierwszej dramatu, niejako „zatrzymał” rozwój osobowości swego Fausta, któremu łaska Zbawienia zostaje  dana dzięki jego prawdziwej miłości do Małgorzaty oraz jej przebaczającej i oddanej miłości do niego, jednak nie widać dość wyraźnie, by ta miłość rodziła czyn. Niekoniecznie na miarę XIX-wiecznych romantycznych superbohaterów, jednakże Miłość, podobnie jak norwidowskie Piękno – zachwyca do pracy, kiedy widać ją w jej prawdziwej postaci, oświetlonej nie tyle „łopatologicznym” morałem, co Światłem nieskrywanym pod korcem.  „Koturnowość” stałaby się zapewne nieznośna, humor – czasem lekki, czasami nieco gorzki – przygotowuje wrażliwości widza drogę do wzruszenia, do poruszenia, może nawet do rachunku sumienia? Dlatego w tym świetnie zrównoważonym scenariuszu drobną niekonsekwencją wydaje mi się końcowe dobitne wypowiedzenie morału, niepozostawiające odbiorcy poczucia samodzielnego przeżycia autentyczności katharsis, tak jakby wewnętrzne objawienie (pierwsze lub kolejne) Prawdy potrzebowało jeszcze ostatecznej narratorskiej pieczęci. W tym momencie sztuka z mocnym i jednoznacznym przesłaniem, skierowanym do wszystkich odbiorców, zyskała nagle plakietkę „chrześcijańska”, co nie jest oczywiście złe, ale być może spowoduje mimowolny odruch zdystansowania się u osób religijnie „letnich”.

Więcej Światła zatem.

 

Magdalena Ciompa