Przemus symboliczny


Poniżej zamieszczam link do naprawdę ciekawego artykułu - "Feminizm Justyny Melonowskiej. Dokryna i rewizja" - Paweł Grad. Porusza zagadnienia, które mocno mnie interesują - natury ludzkiej, natury płci. Polemizuje także z personalistycznym podejściem J.Melonowskiej. 

http://christianitas.org/news/feminizm-justyny-melonowskiej-dokryna-i-rewizja/

 

Poza moimi możliwościami ( jeszcze ;) ) jest odniesienie się do całości tekstu, zresztą poruszane są różne wątki. Chciałabym jednak nieco polemizować z jedną tezą.

Takie właśnie tyrańskie wymagania Melonowska przypisuje św. Janowi Pawłowi, tak właśnie rozumie rozwijany przez niego normatywny projekt etyczny: „Podobnie jak piękno i wiara, małżeństwo jest przede wszystkim zaproszeniem, apelem i tym, co pobudza pragnienie uczestnictwa. Jako takie nie może być ani wymaganiem, ani nakazem, gdyż wówczas właśnie traciłoby swą istotną wartość” (s. 101); „(…) silnie normatywny i dydaktyczny rys antropologii papieskiej (…) może być interpretowany jako nakłanianie, dyscyplinowanie i instruowanie kobiet. Kobiet, których wola tymczasem sama «chce wybrać» i sama też «zaafirmować»” (s. 306). Tutaj można by zapytać, w jaki sposób popełnienie przez Karola Wojtyłę-Jana Pawła II kilku książek, artykułów i licznych katechez ma przeszkadzać kobietom w samodzielnym wyborze? Czy wybór jest tylko wtedy samodzielny, gdy nigdy nie słyszeliśmy wcześniej o różnych sposobach jego dokonania? Czy Papież tworzy sytuacje rzeczywistego „przymusu” (poza nic nieznaczącym „przymusem symbolicznym”, który polega po prostu na tym, że coś napisał lub powiedział)?

 

Myślę, że autor recenzji w sposób zupełnie nieuprawiony bagatelizuje problem, który nazwał "przymusem symbolicznym". Takie postawienie sprawy budzo mój sprzeciw. Podam analogię. Nie wiem czy autor rozważał podobny przykład, nie wiem czy autor recenzji rozważał coś podobnego, jeśli nie myślę, że powinien przeprowadzić taki eksperyment myślowy.

 

Można wyobrazić sobie, że na urząd prezydenta Polski został wybrany człowiek głoszący pogląd, że dobry polski obywatel nie powienien w żaden sposób manifestować swojej wiary, że dobry polski obywatel to ktoś kto nie przyznaje się do żadnej wiary, że jest to postawa najlepiej służąca Polsce. Prezydent ten wypowiada się z dużą kulturą i szacunkiem dla innych, ale urzędnicy przekazują te prawdy w bardziej dosadny sposób, na przykład tworząc podręczniki do WOS-u, w którym przedstawione są rysunku ludzi - z jednej strony przekreśleni ludzie z krzyżykiem i  różańcem, z drugiej uśmiechnięci - bez żadnych symboli. Dla katolików byłoby to mocno krzywdzące i na pewno nie "nic nieznaczące". Myślę, że wielu Polaków widzi, lub chciałoby widzieć, w urzędzie, a także osobie prezydenta autorytet. Sprawuje on władzę, jest kimś kto ma kształtować obywateli i akceptacja i utożsamienie się z tym co mówi to ważna sprawa, która porusza emocje, na której nam zależy.

 

Podobnie w Kościele Katolickiem w żaden sposób nie można stwierdzić, że nauczanie papieża to coś nieznaczącego. W naturalny sposób zwracamy się do niego jako do autorytetu, zależy nam na jego akceptacji dla naszych postaw jako katolickiej kobiety i mężczyzny. Co więcej wielu kościelnych "urzędników" i ludzi oddanych świętemu Janowi Pawłowi II z dużo większym nasileniem i dosłownością powtarza lub rozszerza jego nauczanie. Podejście zamieszczone w przytoczonym powyżej cytacie z recencji wydaje mi się czysto teoretyczne, zupełnie niezorientowane na wspólnotę i ludzi, którzy ją tworzą. Nie bierze pod uwagę reakcji innych niż czysto rozumowe.