Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?

Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?


Najpierw wypada sobie uświadomić własną pozycję interpretacyjną. Zawsze jest się jednym z tej grupy pod krzyżem, jednym ze słuchających krzyku Jezusa z oddali. I tego się nie da zmienić. Odległość pomiędzy Nim i nami jest niepokonalna. Jej nieprzekraczalność w pierwszym rzędzie wyznacza dystans pomiędzy dręczonym i tymi, którzy na to patrzą, o tym słuchają i czytają. Jedni z nich są współczujący, drudzy okrutni, są też tacy, jak ten ze sprawozdania Marka, który wykonuje gest miłosierdzia – poi spragnionego – tylko po to, by okrutny spektakl toczył się dalej, ale wobec okrzyku Jezusa wszyscy, zarówno współczujący, jak okrutnicy są w tej samej sytuacji. Nie rozumieją go. Jezus modli się po hebrajsku. Jak się wydaje, dochodzi do nich tylko to Eli, Eli, które dookreślą jako imię Eliasza i będą wspólnie domniemywać, że Jezus woła Eliasza. Jaki potężny wsad dowolności interpretacyjnej! Wszystko przeinacza.

Spostrzeżenie, które nie tylko uczy pokory każdego, kto chce interpretować treść Jezusowego krzyku na krzyżu, ale skłania do myśli, że od początku mamy tu to samo, co w Getsemani: wy tu, ja tam. Dystans, w który można wglądać, ale z ostrą świadomością jego zasadniczej nieusuwalności: radykalnej odmienności Jezusa od każdego z nas. Od tych, którzy Go dręczą i od tych, którzy Mu współczują chcąc ulżyć jego pragnieniu, od tych, którzy słysząc Jego krzyk całkowicie go nie rozumieją i konfabulują, po tych którzy wszystko prawidłowo usłyszeli i zapamiętali.

Z taką świadomością ograniczeń, którym się chcąc, nie chcąc, podlega, można dopiero medytować nad „ostatnim pytaniem” Jezusa.    

Ten okrzyk jest nie tylko pytaniem, jest skargą. Skarga nie jest prośbą o ratunek, o wyzwolenie. Skarżący często liczy, że skłoni instancję, do której skargę zanosi, do działania w sprawie swego nieszczęścia, krzywdy – przedmiotu skargi, ale do jej istoty to oczekiwanie nie przynależy. Kobieta szlochając skarży się swej przyjaciółce: „Nie wytrzymam dłużej z tym pijakiem!”. Nie liczy na pomoc, ale się wyżala.

Jeśli prośba jest wyrazem potrzeby, niewystarczalności, to skarga wyrazem tego, że jest nieznośnie, nie do wytrzymania. W niej wyrażamy, że wyczerpała się nasza cierpliwość i zdolność znoszenia bólu, razów losu, opuszczenia... Ile jest w ludzkim świecie narzekań, użalania, lamentu! Każdy ma swoją własną miarę. Jedni wyrzekają tak, jakby naprawdę nic się im nie podobało, inni skarżą się niezmiernie rzadko – ledwie parę razy w życiu.

Jak skarga Jezusa sytuuje się w świecie ludzkich skarg? Jest w nim typowa i nietypowa zarazem. Jest jedną z wielu ludzkich skarg, które zanosimy do Boga. Nie jest skargą człowieka na człowieka składaną w trybunale rodzicielskim, gdy jedno dziecko skarży się, że drugie je skrzywdziło, ani w trybunale sądowym, gdzie składamy skargę na krzywdziciela. Jezus nie skarży się swym najbliższym, tym, którzy Go kochają i stoją pod krzyżem. Instancją, do której skargę zanosi, jest sam Bóg.

Modlitwa skargi. Wielu ludzi w sytuacjach ekstremalnych traci zdolność zwracania się do Boga, bywa, szemrzą przeciw Niemu, buntują się wobec wyroków Opatrzności. Bywają tacy, którzy Boga przeklinają, bluźnią Mu. Ledwie niektórzy się Mu skarżą. Skarga jest czystą modlitwą udręczonych po kres ich wytrzymałości. Dlaczego czystą?

Skarga, a nie marudzenie, narzekanie jest doskonale adekwatną reakcją na cierpienie, które bierze się z doznania własnej bezsilności wobec potęgi agatycznej transcendencji świata. Skarżący się nie kwestionuje dobroci stworzenia, która go przerasta i której znieść nie może, ale żali się Bogu – założycielowi takiego porządku. Nie wypomina Mu go, ale przypomina o sobie, o swoim opłakanym położeniu.

Skarga przynależy do istoty człowieczeństwa, bo tę istotę wyznacza udział w tym, co nas przerasta, czemu nie daje się sprostać i co nasza świadomość w bólu i cierpieniu jak nie dziś, to jutro uchwyci. Dlatego też nie sposób myśleć o pełni Jezusowego człowieczeństwa bez pytania nie tylko o Jego uczucia, płacz i radość, ale też o Jego skargę.  

Pytanie – skarga Jezusa jest Jego modlitwą. W godzinie śmierci swojej modli się początkiem Psalmu 22. Jak widać, mnożą się konteksty wokół „ostatniego pytania” Jezusa.

Jako pobożny Izraelita, Jezus modlił się psalmami całe życie. Modlitwa polegająca na powtarzaniu nie swoich słów, które mają odnieść recytującego do Boga. Praktykowana całe życie bywa, że skostnieje jako „klepanie” wyuczonych w dzieciństwie słów, bywa, że się uwewnętrzni. Powtarzane wtedy słowa wyrażają wnętrze człowieka. Przychodzą do głowy bezrefleksyjnie, a jednak odpowiednie do sytuacji. Stają się doskonałym wyrazem ludzkiego ducha. Nie da się deklamować modlitwy w godzinie śmierci. Będziemy się modlić najbardziej własną modlitwą, taką, która była naszą w najtrudniejszych chwilach życia – modlitwą, która stała się nami, a my nią.

Jeśli powyższe spostrzeżenie jest trafne, to można sądzić, że Jezus nie modli się pierwszy raz w życiu Psalmem 22-im, ale modlił się nim wielokrotnie. Istnieje modlitwa nie tylko prośby, dziękczynienia, uwielbienia, ale także modlitwa skargi. Skarga jest radykalnym wyznaniem własnej słabości, tym intensywniejsza, im większe zaufanie pokłada się w tym, komu się skarżymy i im bardziej nie potrafimy już wytrzymać, znieść tego, na co się skarżymy: krzywdy, bólu, opuszczenia.

Oznaczałoby to, że Jezus w trakcie swej misji mógł „ostatnie pytanie” stawiać w swej modlitwie ileś razy. Ponieważ Jego modlitwa była autentyczna, więc i pytanie, które się w niej pojawiało, było za każdym razem prawdziwe – było serio.

Ta konstatacja skłania do wnikliwszego wglądu w samo pytanie. Ma ono charakter paradoksalny. Skarżyć się temu, kto nas opuścił! Skarżyć się mu, że to właśnie zrobił! Człowiek nie skarży się temu, kto wyrządza mu krzywdę. Nie sposób poskarżyć się bliskiej osobie, która nas opuściła na to, że nas opuściła. Nie sposób spytać się ją, dlaczego nas opuściła. Dziecko nie może się poskarżyć matce, która je porzuciła, na to, że jest przez nią porzucone. Spytać się też o to nie może. Jezus tymczasem pyta tego, kto Go porzucił, dlaczego to uczynił. Tylko Boga można tak spytać, bo tylko On ciągle jest blisko, także wtedy, gdy porzuca.

Pytanie – skarga Jezusa jest skargą opuszczonego. Trzeba jednak wyraźnie rozróżnić:

  • opuszczenie przez ludzi
  • opuszczenie przez Boga.

Doznanie opuszczenia przez ludzi: dziecko, które wyrodna matka podrzuciła innej, jak kukułka swe pisklę, mąż porzucony przez żonę, stary ojciec przez dzieci, chory, który doświadczył odstąpienia lekarza, gdy usłyszał to: „już nic się nie da zrobić”, umierający w samotności opuszczony przez wszystkich... Wstrząsający korowód ludzkiego cierpienia. Miłość, którą pogardzono, przyjaźń, którą zdradzono, odstąpienia tych, którym ufaliśmy, te nagłe i te dokonujące się latami. Miliony ludzi, których opuszczono, bo zabrakło minimum gatunkowej solidarności – ludzie umierający na ulicy, którymi nikt się nie zainteresuje, żywe dzieci wyjęte z łona matek i dogorywające na szpitalnym stole...

Jezus w czasie wielogodzinnej agonii ma przy sobie matkę, umiłowanego ucznia, oprawców, którzy z wolna tracą zainteresowanie swoją ofiarą, zmęczonych szyderców. Ludzie nieraz umierali bardziej opuszczeni przez bliźnich niż On. Czyż jednak ktokolwiek umierał tak opuszczony przez Boga jak Jezus?

Cierpienie biorące się z poczucia bycia opuszczonym przez Boga. Twierdzę, że o skali tego cierpienia nie wiemy zasadniczo nic i wiedzieć nie możemy. Nikt z nas nie jest niewinny – nikt nie jest naprawdę „czystego serca” i nikt nie jest Synem, a zatem nikt nie ma doświadczenia tej bliskości Boga, Jego poznania, które ma Jezus. Żaden z nas nie ma tak absolutnego słuchu na Boga, nie ufa Mu tak i wierzy jak Jezus, w konsekwencji nikt z naszego plemienia nie zna Go tak, jak On.    

To my odstępujemy Boga, a nie On nas. Jezus Boga nie odstąpił, a przecież znalazł się tam, gdzie Go nie ma – w piekle.

Uważam, że w antropologicznej perspektywie nie można uchwycić nic z tego, co stoi za pytaniem – skargą Jezusa, gdy nie uzna się, że w ludzkim świecie istnieją doświadczenia infernalne: doznania absolutnej nieobecności Boga. Sądzę, że Jezus w trakcie swego życia zakosztował doświadczenia piekła nieraz i wtedy modlił się tak, jak modli się na krzyżu.

Dobrze wiadomo, jak potężna przepaść zieje pomiędzy: „Wiem, że Bóg mnie opuścił.”, a wyznaniem: „Czuję, że Bóg mnie opuścił.” Fakt na zawsze pozostaje faktem, a poczucie bywa omylne, zwodnicze. Tak zresztą zazwyczaj pocieszamy bliźnich, którzy mniemają, że Bóg ich opuścił. Bóg, powiadamy, nikogo nie opuszcza. To człowiek opuszcza Boga, a nie Bóg człowieka.

Jezusa nie można tak pocieszyć, bo Jego doskonałe otwarcie na Boga na to nie pozwala. Gdy nie doświadcza Bożej obecności, to znaczy, że jej tam nie ma. Jest w piekle. Chce wiedzieć, czemu się tam znalazł – dlaczego jest opuszczony przez Boga? Nie tylko modli się skarżąc, ale naprawdę pyta – pyta serio.

Pytajny charakter skargi chroni jej czystość. Poczucie bezsilności, krzywdy, opuszczenia znajdujące dla siebie wyraz w skardze jest ekstremalnie subiektywne. Człowiek niesłychanie łatwo przekształca je w niesprawiedliwy, tendencyjny osąd – pomówienie, pretensję. Skarga przeradza się w oskarżenie. A Jezus po prostu pyta, dlaczego tak jest.

Pomazaniec – dyskusja, kontynuacja s. 284 - 289