"Nie stawiajcie oporu złemu" (Mt 5, 39)

"Nie stawiajcie oporu złemu" (Mt 5, 39)


Nie tak dawno otrzymałem maila od młodego męża i ojca dwójki dzieci z pytaniem o prawo do obrony własnej i swojej rodziny w razie ataku. Jak to jest z nastawieniem drugiego policzka i miłością do nieprzyjaciół, o których mówi Jezus?

Od czterech lat mieszka w Belgii, wcześniej 10 lat mieszkał w Holandii. Widzi, że bezpieczeństwo w tych krajach pogorszyło się i wciąż się pogarsza także wskutek imigrantów, o których mówi, że „Boga się nie boją i gardzą nami”. Pisze: „Jakiś czas temu na mszy było czytanie,  że ludzie wierzący w Jezusa musza miłować swoich wrogów a nie tylko bliźnich, bo swoich bliźnich to i poganie miłowali, tym się mamy właśnie odróżniać, że przy dostaniu w policzek mamy nadstawić drugi, choć z nauczania KKK wynika, że życie pochodzi od samego Boga i jest wartością nadrzędna i człowiek ma prawo się bronić, siebie i swoja rodzinę a w razie zagrożenia życia, gdy nie ma innej sposobności może nawet zranić czy nawet zabić napastnika - to przykład ekstremalny”.

Słusznie, zgodnie z KKK mamy prawo do samoobrony i obrony innych:

Uprawniona obrona

KKK 2263 Uprawniona obrona osób i społeczności nie jest wyjątkiem od zakazu zabijania niewinnego człowieka, czyli dobrowolnego zabójstwa. "Z samoobrony... może wyniknąć dwojaki skutek: zachowanie własnego życia oraz zabójstwo napastnika... Pierwszy zamierzony, a drugi nie zamierzony (Św. Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, II-II, 64, 7).

KKK 2264 Miłość samego siebie pozostaje podstawową zasadą moralności. Jest zatem uprawnione domaganie się przestrzegania własnego prawa do życia. Kto broni swojego życia, nie jest winny zabójstwa, nawet jeśli jest zmuszony zadać swemu napastnikowi śmiertelny cios:

Jeśli ktoś w obronie własnego życia używa większej siły, niż potrzeba, będzie to niegodziwe. Dozwolona jest natomiast samoobrona, w której ktoś w sposób umiarkowany odpiera przemoc... Nie jest natomiast konieczne do zbawienia, by ktoś celem uniknięcia śmierci napastnika zaniechał czynności potrzebnej do należnej samoobrony, gdyż człowiek powinien bardziej troszczyć się o własne życie niż o życie cudze (Św. Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, II-II, 64, 7).

KKK 2265 Uprawniona obrona może być nie tylko prawem, ale poważnym obowiązkiem tego, kto jest odpowiedzialny za życie drugiej osoby. Obrona dobra wspólnego wymaga, aby niesprawiedliwy napastnik został pozbawiony możliwości wyrządzania szkody. Z tej racji prawowita władza ma obowiązek uciec się nawet do broni, aby odeprzeć napadających na wspólnotę cywilną powierzoną jej odpowiedzialności”.

Właściwie to pytający już znalazł odpowiedź na swoje pytanie. A jednak trochę dalej, po podaniu ekstremalnych przykładów przemocy, pisze: „Włos się jeży jak się to czyta. Ci ludzie to Belzebuby wcielone. Jak mam rozumieć w tym przypadku miłość do bliźniego? Czy Jezus także takich ludzi miał na myśli? Jak miałoby się to objawiać? Jak mam szanować kogoś, kto najchętniej ściąłby mi głowę a żonę zgwałcił? Być może to ja źle interpretuję to, co widzę, sam już nie wiem....”

Te wątpliwości są właściwie czymś normalnym dla kogoś, kto czuje się odpowiedzialny za swoją rodzinę i widzi zagrożenia, a na pewno nie są złe same w sobie, przynajmniej jak długo człowiek jest otwarty na przyjęcie wskazań Kościoła, nawet, jeśli niektóre z tych wymagań są trudne do wypełnienia. Ale kiedy porówna się tekst Katechizmu Kościoła Katolickiego ze słowami Pana zapisanymi w Ewangelii, to może pojawić się inna wątpliwość, którą można wyrazić pytaniem: Czy nie ma pomiędzy nimi sprzeczności? Ewangelia, do której nawiązuje pytający, została przeczytana 19. lutego, w 7. niedzielę zwykłą:

„Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko i ząb za ząb! A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi! Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz! Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące! Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie. Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski”. (Mt 5, 38-48).

Wydaje się, że mamy tu sprzeczność pomiędzy Ewangelią, a KKK: Ewangelia zawiera wymagania Pana Jezusa stawiane wobec swoich uczniów, aby nie stawiali oporu złemu, nastawiali policzek, a w KKK czytamy o tym, że mamy prawo, a nawet obowiązek obrony swoich najbliższych i siebie samych. Jak wytłumaczyć i usprawiedliwić interpretację KKK dającą prawo do samoobrony?

Mark Twain powiedział: „Trzymaj się z dala od ludzi, którzy chcą zniszczyć albo pomniejszyć twoje marzenia i pragnienie wielkości. To mali ludzie tak postępują. Prawdziwie wielcy pragną twojej wielkości i przy nich czujesz, że i ty możesz stać się wielki”. Słowa Jezusa są przeciwieństwem postępowania „małych ludzi”. Pan wzywa do wielkości, która przewyższa możliwości człowieka. „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski”. Mówiąc inaczej: „Bądźcie tak wielcy, jak wielki jest Ojciec wasz niebieski”. Pan Jezus od swoich uczniów wymaga więcej, niż kilka wieków wcześniej Pan Bóg wobec Izraela: „Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, Pan, Bóg wasz!”. Pan Jezus chce nie tylko, żeby Jego uczniowie byli święci, doskonali czy wielcy, bo Ojciec jest święty, doskonały, wielki; to, co On pragnie, nieskończenie przewyższa to dawne wymaganie, bo Pan stawia swoim uczniom wymaganie, aby byli tak święci, doskonali, wielcy, jak Ojciec niebieski jest święty, doskonały, wielki. Czy to możliwe? Nie, to jest niemożliwe. Pan Jezus używa tu figury zwanej hiperbolą, od hyperbole z języka greckiego. W oryginale to słowo składa się ono z dwóch części składowych: hyper – „ponad”, i bole od ballein – „rzucać”. Czyli to to „rzut ponad”. Według ks. Remigiusza Popowskiego („Wielki słownik grecko-polski Nowego Testamentu”) hyperbole oznacza: „nadzwyczajność; nadmiar, zbytek, ogrom; stopień najwyższy”. Hiperbola polega na przesadzie, nadmiarze, dlatego niekoniecznie należy rozumieć ją dosłownie. Używamy tego środka wyrazu na co dzień: „Ta paczka waży chyba tonę”, „Piotr pędzi jak strzała”. Czy ktoś słyszący takie zdanie rozumie je dosłownie? Raczej nie, ale zrozumie, że wspomniana paczka musi być bardzo ciężka, a ktoś biegnie bardzo szybko.

Nie inaczej było dwa tysiące lat temu. Tego stylistycznego środka używali także rabini nauczający w czasach Jezusa. Nie jest to więc figura retoryczna, którą wymyślił Jezus, ale trzeba powiedzieć, że używał jej chętnie. „Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie” (Mt 23, 9) jest hiperbolą, której nie należy rozumieć dosłownie. Bo gdyby dosłownie rozumieć słowa Pana, to trzeba stwierdzić, że nie stosowali się do nich Ewangeliści (Mt 4, 21), św. Paweł (Mt 4, 16), Matka Pana (Łk 2, 48), a nawet On sam (Łk 11, 11)[1]. Co oznaczają więc słowa Pana, który mówi do swoich uczniów, żeby nikogo na ziemi nie nazywali swoim ojcem? Oznaczają one, że Ojciec niebieski jest ojcem par excellence, czyli ojcem, z którym nie można porównać żadnego innego, choćby najlepszego ojca. Podobnie słowa Pana: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14, 26) są hiperbolą. Pan Jezus nie nakazuje nam, żebyśmy kogokolwiek nienawidzili, a tym bardziej swoich najbliższych. Jego słowa oznaczają, że ten, kto chce być Jego uczniem, nie może kochać nikogo bardziej niż Jego samego (por. Mt 10, 37). Podobnie słowa o nastawianiu drugiego policzka są hiperbolą. W czasie męki uderzony Pan nie nastawił drugiego policzka, ale zapytał: „Dlaczego mnie bijesz?” (J 18, 22-23).

W hiperboli chodzi o pokreślenie prawdy, którą autor wyraża przez oczywisty nadmiar. Przesadą jest stawianie człowiekowi wymagań, żeby był jak Bóg. Ale wymaganie pozostaje. Jak rozumieć słowa Pana, żeby nie stawiać oporu złemu?

Dobrze to wyjaśnił M. Scott Peck w książce „The People of the Lie” („Kłamcy”). Autor opisuje przypadki zła jednostkowego (tzn. popełnianego przez pojedynczych ludzi) i grupowego (którego autorem jest mniejsza lub większa grupa ludzi). Jako przykłady zła jednostkowego Peck wypiera niektóre przypadki z własnej praktyki psychiatrycznej, zaś przykładem zła grupowego jest zbrodnia wojenna z MyLai z czasów wojny USA z Wietnamem. Niezależnie czy chodziło o zło, którego autorem jest pojedynczy człowiek czy grupa ludzi, w każdym z takich przypadków mamy do czynienia z kłamstwem, dlatego taki tytuł książki. Człowiek popełniający zło, zanim okłamie innych, okłamuje siebie samego. Życie w kłamstwie należy do istoty zła. Ale najciekawsze jest jej zakończenie. W ostatnim rozdziale zatytułowanym „Niebezpieczeństwo i nadzieja” („The Danger and the Hope”) autor pisze o niebezpieczeństwie zajmowania się złem, ale też i o nadziei jego pokonania. W jaki sposób jest to możliwe? Z punktu widzenia chrześcijanina odpowiedź Pecka jest oczywista: „Zło może być pokonane tylko przez miłość”; nie może być to walka skoncentrowana jedynie na złu. Dla uzasadnienia tego twierdzenia autor posługuje się cytatem z książki Aldousa Huxley’a „The Devils of Loudun”:

„Efekty stałej i intensywnej koncentracji na złu są zawsze katastrofalne. Tym, którzy organizują wyprawy krzyżowe nie dla Boga, lecz przeciw demonowi obecnemu w innych, nie udaje się uczynić świata lepszym. Albo zostawiają to takim, jakim był, albo czasami nawet znaczenie gorszym niż był przed ich wyruszeniem na wyprawę. Przez koncentrowanie się na złu przyczyniamy się, niezależnie od wzniosłości naszych intencji, do tworzenia okazji do manifestowania się zła. (…) Kto skupia swoją uwagą na złu, czy choćby na samej idei zła, nie może nie odczuć skutki tej koncentracji. Być bardziej przeciwko diabłu, niż dla Boga, jest skrajnie niebezpieczne”.[2] 

Jeśli walczymy ze złem starając się zniszczyć go w innych, to możemy nawet nie zauważyć, kiedy będziemy się starali zniszczyć ich samych. Efektem byłoby także zniszczenie dobra w nas samych. Nie można pokonać zła, przyjmując jego metody działania. Bo przyjmując sposoby działania zła, opowiadamy się po jego stronie. Jedynym sposobem, w jaki możemy pokonać zło, jest miłość.

„To brzmi tak prosto, że trzeba sobie zadać pytanie, dlaczego nie jest to prawda bardziej oczywista? Jednakże trzeba przyznać, że jakkolwiek prosto i jasno to brzmi, metodologia miłości jest trudna w praktyce i wymawiamy się od jej stosowania. W pierwszym momencie wydaje się to nawet niemożliwe. Bo jak kochać ludzi, którzy są źli? A jednak właśnie to jest to, co musimy czynić. (…)

Uzdrowić zło może tylko miłość jednostek. Wymagana jest ochotna ofiara. Indywidualny terapeuta musi zgodzić się na to, aby jego czy jej własna dusza stanie się polem bitwy. On czy ona musi ofiarniczo zaabsorbować zło w siebie.

Ale co uchroni tę duszę przez zniszczeniem? Jeśli ktoś przyjmie zło do własnego serca, niczym włócznię, czy może jego dobroć zostać zachowana? Nawet jeśli zło zostało pokonane, to czy razem z nim nie przestanie istnieć także dobro? Co zostałoby przez to osiągnięte poza pewnym kompromisem bez znaczenia?

Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie inaczej niż posługując się językiem mistyki. Mogę powiedzieć tylko, że w takim przypadku dokonuje się jakaś tajemnicza alchemia, przez którą ofiara staje się zwycięzcą. Jak C. S. Lewis napisał: ‘Jeśli ochotna ofiara, która nie popełniła żadnej zdrady, została zabita w miejsce zdrajcy, Stół pęknie, a sama Śmierć zacznie działać w przeciwnym kierunku’.

Nie wiem, jak to się dzieje. Ale wiem, że tak właśnie jest. Wiem, że dobrzy ludzie mogą świadomie i dobrowolnie zgodzić się na to, że zostaną przeszyci złem innych – przez co zostają złamani, a jednak jakoś nie-złamani – nawet zabici w pewnym sensie, a jednak wciąż pozostają przy życiu i nie poddają się. Jeśli dzieje się coś takiego, to w tym momencie następuje małe przesunięcie w balansie sił na świecie” (M. Scott Peck, „People of the Lie”, str. 267, 269-270).

Czy to znaczy, że mamy szukać męczeństwa? Nie. Chrystus nakazał uciekać w obliczu prześladowań (Mt 10, 23). On sam poniósł męczeństwo, ale dopiero gdy przyszła Jego godzina. Wtedy nie stawiał oporu, nie bronił się. Ale wcześniej wymykał się zawsze z rąk prześladowców. Kiedy Jego rodacy chcieli Go zrzucić z góry, „przeszedłszy pośród nich oddalił się” (Łk 4, 30). Jak to zrobił? Używając siły fizycznej albo swej mocy Bożej. W każdym razie nie dał się zabić przed czasem. To samo można zauważyć u Jego pierwszych uczniów. Uciekali oni przed prześladowaniami, ale kiedy przyszedł ich czas, przyjmowali mękę i śmierć. Trzeba więc, żebyśmy i my żyli dla Pana, a jednocześnie byli gotowi dla Niego oddać życie.

„Pełnię miłości, którą winniśmy się, bracia najdrożsi, wzajemnie kochać, określił sam Pan mówiąc: ‘Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich’. Wniosek, jaki z tego wyciąga św. Jan Ewangelista w swoim Liście, jest następujący: ‘Jak Chrystus oddał za nas życie swoje, tak i my winniśmy oddać życie za braci’, miłując się wzajemnie tak, jak On nas umiłował i oddał za nas swoje życie. 

A oto co na ten temat czytamy w Księdze Przysłów Salomona: ‘Gdy z możnym do stołu usiądziesz, pilnie uważaj, co położono przed tobą, a wyciągając swoją rękę wiedz, że i ty musisz to samo przygotować’. Cóż jest stołem możnego, jeśli nie ten stół, skąd bierzemy Ciało i Krew Chrystusa, który oddał za nas swoje życie? A co znaczy zasiadać przy tym stole, jeśli nie przystępować doń z pokorą? Co oznacza uważać pilnie na potrawy, które kładą przed tobą, jeśli nie to, żeby godnie myśleć o tak wielkiej łasce? I cóż wreszcie znaczy wyciągać rękę i wiedzieć, że masz przygotować takie same potrawy, jeśli nie to, o czym już mówiłem, a mianowicie że Chrystus oddał za nas swoje życie, a więc że i my winniśmy oddać nasze życie za braci? Mówi bowiem św. Piotr Apostoł: ‘Chrystus cierpiał za nas, zostawiając nam przykład, abyśmy wstępowali w Jego ślady’. To oznacza przygotować takie same potrawy. Uczynili tak męczennicy płonąc gorącą miłością. Jeśli nie czcimy na próżno ich pamięci, to przystępując do stołu Pańskiego i biorąc udział w uczcie, którą i oni się sycili, trzeba, żebyśmy za ich przykładem przygotowali również, co należy”. (św. Augustyn, Komentarz do Ewangelii św. Jana)

_______________________________

[1] Wprawdzie Jezus poza Bogiem Ojcem nie nazywa nikogo swoim ojcem, ale na wielu miejscach używa tego słowa w odniesieniu do innych. To znaczy, że nie odnosił tego słowa wyłącznie do Ojca niebieskiego.

[2] Por. August Strindberg: „Kto zbyt długo walczy ze smokiem, w końcu staje się taki, jak on”. Friedrich W. Nietzsche: „Kto walczy z potworami, powinien się strzec, by walka nie uczyniła go jednym z nich”.

Zgłoś post do moderacji