Katolickie wsparcie świadków Jehowy?


Wszyscy znamy Świadków Jehowy. Twierdzą, że oni jedyni są prawdziwymi chrześcijanami - bo tylko u nich wierność słowom Biblii została zastosowana do końca. Można im jednak zarzucić, że przesadzili z zasadą “sola scriptura” i nie są już chrześcijanami.

Wydaje się, że Władimir Władimirowicz chciał zrobić mały prezent Cyrylowi. Zdelegalizował świadków, którzy chyba nie dostrzegli, że zaczęli działać na terytorium kanonicznym patriarchatu moskiewskiego.

Moim zdaniem sama Stolica Apostolska powinna interweniować w tej sprawie. Oczywistą konsekwencją takiego mieszania się w nie swoje sprawy byłoby ochłodzenie relacji z patriarchatem moskiewskim i być może koniec marzeń o szybkim zbliżeniu z prawosławiem. Czy warto ponosić takie koszty w obronie tych, którzy uznają katolików za największych bałwochwalców? Czy warto mówić, że powinni mieć możliwość dalszego odłączania prawosławnych od Chrystusa przez swoją interpretację Biblii?

Myślę, że odpowiedź jest oczywista. Są to słowa: coście uczynili jednemu z braci moich najmniejszy, Mnieście uczynili. To wielkie wyzwanie, by Chrystusa widzieć w mogącym zburzyć nasz porządek muzułmaninie. Być może jeszcze większe, by widzieć Go w odbierającym nam wiernych świadku Jehowy.

PS.

Paradoksalne jest to, że wierność wskazaniom Biblii wcale nie musi oddalać nas od patriarchatu moskiewskiego. Bo czas dojrzeć do tego, by otwarcie stwierdzić, że zasada cuius regio, eius religio jest z gruntu niebiblijna. Ponadto w tym przypadku trzeba dodać, że świadkowie Jehowy zarzucają katolikom nie tylko czczenie obrazów i świętych, ale także żyjącego człowieka - papieża. Jeśli więc katolicy będą występować w obronie ich wolności religijnej, to wówczas łatwiej zrozumieć nasz sposób podejścia do wiary - w tym i to dlaczego utworzone zostały struktury katolickie na terenach kanonicznych patriarchatu moskiewskiego.