Charamsa jednym głosem z Cejrowskim i Terlikowskim


Ku mojemu zdziwieniu ksiądz Krzysztof Charamsa powrócił. Dwa lata temu byłem przekonany, że po napisaniu pierwszej książki, już nic nie będzie w stanie zrobić, by zainteresować sobą czytelników. Okazało się, że się myliłem. Ostatnio pojawiły się wywiady z byłym kościelnym “funkcjonariuszem”. (To określenie przypomina mi postać: “funkcjonariuszki” z “Seksmisji” - ciekawe czy do niego nawiązuje ksiądz Charamsa?)

Wiedziałem dwa lata temu, że ksiądz Krzysztof powtórzy to wszystko, co liberalni teolodzy powiedzieli o homoseksualistach, eutanazji, aborcji i w końcu już nic nowego nie będzie, czym mógłby zainteresować odbiorcę. A że i te tematy były dawno temu przez bardziej znane osoby podejmowane, więc ksiądz Krzysztof pojawi się raz na polskim rynku i się o nim szybko zapomni. Tymczasem nasz narcyz przypomniał o sobie po raz drugi.

Aby wejść na rynek trzeba zaszokować odbiorcę. Szokiem byłoby, gdyby ksiądz Krzysztof dołączył do np. Terlikowskiego, Ziemkiewicza lub Cejrowskiego. I to właśnie zrobił. Tak jak oni atakowali papieża Franciszka (a broniły go środowiska lewicowe), tak teraz Charamsa zaatakował Ojca Świętego.

Wytknął mu to, że nie jest władcą absolutnym. Zauważył, że mógłby jedną decyzją zdegradować wszystkich hierarchów, którzy nie są liberalni. A jednak nie czyni tego i podpisuje przygotowane przez Kongregację Nauki Wiary i przez inne dykasterie dokumenty, które nie są liberalne. No i hierarchowie nie boją się już Ojca Świętego (jak to było wcześniej z innymi papieżami) - bo Franciszek wygłasza tylko kazania! (Tak, to prawda: nic nie ma w sobie z despoty.)

Widzimy jak tęsknota za twardą ręką i brakiem dialogu to rzecz wspólna dla wszystkich, którzy nie rozumieją Franciszka. Ale jest jeszcze jedno, co łączy naszych bohaterów - klerykalizm. Oczywiście nie przyzna się do niego ksiądz Krzysztof, ale wystarczy zobaczyć, czego by chciał.

Przypomnę, że do czasu Clintona, jeśli chodzi o gejów w US Army obowiązywała zasada: “Nie pytaj, nie mów”. I, niestety, podobnie było w Kościele. Było to złe nie dlatego, bo mógł przyjąć święcenia ktoś taki, jak ksiądz Krzysztof. Tak, on przynosi nam pewne szkody, ale bardzo niewielkie - chociaż z jego wypowiedzi można odnieść odwrotne wrażenie. Jak wielu księży, Krzysztof Charamsa musiał słyszeć wiele pochwał pod swoim adresem. Nic dziwnego, że uważa się za osobę wyjątkową, znaczącą, której nie zapomniano, którą Kościół się zajmuje. Mówi: “Mój coming out był dla niego elektrowstrząsem.” Choć nie chodzi w koloratce, jest przesiąknięty klerykalizmem. I nie wie, co było rzeczywistym dla nas wstrząsem.

A tym, co nami wszystkimi wstrząsnęło - każdym wiernym i Ojcem Świętym, były afery pedofilskie. I właśnie jedna z metod walki z pedofilią wśród duchowieństwa jest uznawana przez Charamsę za prześladowanie homoseksualistów. Bo on dobrze wie, że zakaz udzielania święceń gejom, który został wprowadzony na początku tego wieku, wynika z badań nad zjawiskiem pedofilii w Kościele. I tu przypomnę to, co powinno być wstrząsające dla księdza Krzysztofa.

Wśród ogółu społeczeństwa wykorzystywanie nieletnich dotyczy w 80% dziewcząt, a w 20% chłopców. Wynika to stąd, że większość społeczeństwa to osoby heteroseksualne. Homoseksualizm dotyka  około 2%, a z biseksualizmem niewiele większej grupy. Tymczasem w przypadku duchownych katolickich proporcje wykorzystywanych dziewcząt i chłopców były odwrotne. Oczywistym rozwiązaniem był więc zakaz święcenia homoseksualistów. Czyli rzecz, nad którą najbardziej płacze nasz obrońca uciśnionych.

Widać w tym u niego brak miłości do Kościoła. Bo wobec faktów powinien przyznać: lepiej nie wyświęcić jakiegoś geja na dobrego księdza, niż dopuścić do tego, by inny gej o skłonnościach pedofilskich przyczyniał się do potwornego zgorszenia. Więcej: gdy ksiądz Krzysztof mówi o prześladowaniu w sytuacji, gdy odmawia się komuś święceń, jest bardziej klerykalny, niż Terlikowski i Cejrowski razem wzięci. Bo jak każdy teolog powinien wiedzieć, że według Biblii, wszyscy chrześcijanie są równi. Przyjmujący chrzest zostaje obdarzony najwyższą godnością - dziecka Bożego. Nie ma i być nie może wyższej godności. Co za tym idzie, niczego, żadnej godności nie zostaje pozbawiony gej, któremu odmawia się święceń. Czołowy argument księdza Charamsy to klerykalizm w czystym wydaniu. Klerykalizm taki sam, a może większy niż u tradsi.

Obecny powrót księdza Charamsy nie oznacza, że w przyszłości po raz trzeci znajdzie się w mediach. Wątpię, by był w stanie jeszcze czymś zaskoczyć w kwestiach dotyczących wiary. Może jeszcze próbować swych sił w polityce, jak były ksiądz, który zasilił szeregi Palikota. Ale na razie u nas nie odniesie sukcesu żaden następca polskiego Zapatero. A w Hiszpanii ksiądz Charamsa i jego partner są nieznani.

Kolejnej książki księdza Krzysztofa już nikt nie wyda. Ostatnie słowo w mediach miał szansę powiedzieć teraz. Wiemy już wszystko w jego przypadku. To już jest koniec, nie ma już nic.