Bóg Trumpa i duszpasterskie rozeznawanie

Bóg Trumpa i duszpasterskie rozeznawanie


Dzięki my friends z Facebooka wchodzę czasami na stronę internetową Laboratorium Więzi. Tym razem analizie poddane zostało tu przemówienie Donalda Trumpa wygłoszone przedwczoraj w Warszawie. Jarema Piekutowski w artykule pt. „Bóg Trumpa, Bóg polityków” doszukuje się dziury w całym, zastanawiając się nad pojęciem Boga u nowego amerykańskiego prezydenta. Autor zarzuca Trumpowi instrumentalne używanie pojęcia Boga w polityce, stwierdzając: „W wizji Trumpa Bóg działa na poziomie narodu, jednak prezydent tego narodu radzi sobie ze złem bez Jego pomocy”.

Zabrakło mi w tym tekście jednego kluczowego słowa, które w czasach Franciszka powinno się pojawić, a na myśli mam słowo „rozeznawanie”. Parafrazując papieża, na usta cisną mi się słowa: „Jeśli ktoś jest prezydentem i szuka Boga i ma dobrą wolę, kim jestem, by go osądzać”. Nic nie możemy już zrobić. Mleko jest już rozlane.

Prawdę powiedziawszy, nie interesuje mnie, w jaki sposób amerykański prezydent radzi sobie ze złem w swoim życiu osobistym. Widzę, ponieważ sam o tym szczerze opowiada dziennikarzowi CNN, że chce je pokonać dzięki swojemu wysiłkowi bez angażowania w to Boga. Francuzi mówią, aide-toi et Dieu t’aidera (pl. pomóż sobie, a Bóg pomoże tobie), ale przedsiębiorcy mają zbyt dużo wiary we własne siły i niektórzy zapominają o Panu Bogu. Każdy ma swoją drogę dochodzenia do Boga i zbawienia. Do głowy nie przyszłoby mi oskarżyć Trumpa o herezje pelagianizmu.

Od najdawniejszych czasów zgodnie z tradycją mamy w Kościele modlitwę za przywódców tego świata. Nigdy nie opuszczam tej modlitwy. Modlę się za rządzących państwami, aby strzegli pokoju poprzez respektowanie ludzkiej wolność i szacunek dla własności prywatnej. Jestem realistą. To wystarczy. Nie oczekuję od przywódców zbyt wiele. – Broń Boże! Niech lepiej niczego nowego nie wymyślają – dodaję czasami w myślach.

Trump nie miesza Boga za bardzo w swoje życie, ale też sam nie miesza się również w nasze życie. W przemówieniu w Warszawie powiedział, że jednym z największych zagrożeń, z którymi muszą się borykać obywatele, „to pełzająca rządowa biurokracja, która pozbawia naród żywotności i bogactwa”. I dlatego Trump stara się biurokrację ograniczyć u siebie i to samo doradza Polakom. Na to zagrożenie zwracał uwagę również św. Jan Paweł II w encyklice Centesimus annus, kiedy w 1991 r., dwa lata po upadku muru berlińskiego, pisał: „W istocie, tam gdzie indywidualny zysk jest przemocą zniesiony, zastępuje się go ciężkim systemem biurokratycznej kontroli, który pozbawia człowieka inicjatywy i zdolności twórczej”. Trump nie wie zbyt wiele może o Bogu, ale tyle mi w zupełności wystarczy. Jeszcze nie słyszałem, aby polscy politycy tak mówili o zagrożeniach wynikających z biurokracji. Nie usłyszałem tego również od biskupów.

W pierwszych dniach swojego urzędowania, prezydent Trump, który według autora Laboratorium Więzi ma poważny problem z poprawnym zdefiniowaniem pojęcia Boga, podpisał dekret blokujący zagraniczną pomoc lub finansowanie z budżetu federalnego międzynarodowych organizacji pozarządowych, które mają na celu promocję aborcji. Wiem, że zrobiłby to również każdy inny republikański prezydent, ale innego nie ma. Gdyby Trump przegrał, to na jego miejscu byłaby teraz Hilary Clinton, która nie zmieniłaby rozporządzenia swojego poprzednika. Jedna decyzja, a ratuje już życie poczętych dzieci przed aborcją.

Może Trump nie miesza za bardzo Boga w swoje życie. Może jego pojęcie Boga jest dalekie od teologicznie poprawnego ideału. Nowy amerykański prezydent wielu rzeczy nie rozumie, ale w przeciwieństwie do innych, pozwala ludziom żyć. I o to chodzi w polityce. Laissez-faire! Po czasach politycznej poprawności, kiedy inni próbowali wymazać pojęcie chrześcijańskiego Boga z życia publicznego, to niepoprawne do końca pojęcie Boga u Trumpa w jego osobistym zmaganiu ze złem w zupełności mi nie przeszkadza.

ww.jacekgniadek.com

Zgłoś post do moderacji