Czy oni są z nami w Kościele?

Czy oni są z nami w Kościele?


Jarosławie, Beato, przyślijcie uchodźcom Biblię. Bo najbardziej brakuje tu nie jedzenia, ale poszanowania ludzkiej godności. Alina Czyżewska, wolontariuszka w obozie dla uchodźców, Lesbos, Grecja.

 Wstawiam korespondencję wolontariuszki z obozu dla uchodźców na Lesbos, w Grecji, Aliny Czyżewskiej. Nie mogę przejść do porządku dziennego nad tym, że zdecydowała się "zmarnować" lato schodząc na dno nieszczęścia by inni byli szczęśliwsi. Na zdjęciu tytułowym msza święta dla uchodźców w kościele w Mitylenie, Lesbos. Wolontariuszka prowadzi blog na facebooku https://www.facebook.com/listyzwakacji/ 

"Wszyscy wiedzą lepiej od Aliny Czyżewskiej, po co pojechała jako wolontariuszka do Grecji. Martyna Rusjan." To jest komentarz do nieprzychylnych komentarzy i szyderstw dotyczące intencji Aliny Czyżewskiej. 

Drogi Jarosławie, Szanowna Beato. Napisałam list do prezydenta Francji Emmanuela Macrona, w którym proszę go o wsparcie biblioteki dla uchodźców francuskojęzycznymi książkami. Ale i do was kieruję tę prośbę, bo i wy możecie pomóc - jeżeli nie macie książek po angielsku i francusku, to być może moglibyście kupić choć po jednym Piśmie Świętym i tu przysłać?

Wbrew waszym obawom dotyczącym „islamizacji” Europy Biblia jest pozycją poszukiwaną przez uchodźców w tutejszej bibliotece, a uchodźcy z Afryki zapełniają katolicki kościół w Mytilene.

Podarowanie uchodźcom Pisma Świętego to na pewno uczynek chrześcijański i forma „pomocy na miejscu”, o której tak dużo mówicie.

Pomoc na miejscu jest bardzo, bardzo potrzebna, bo los ludzi, którzy uciekli przed wojną, śmiercią i gwałtem jest naprawdę straszny. I nie ma co ukrywać – my, „kraje lepszego świata”, od dawna przykładamy do tego rękę.

A oto mój list do prezydenta Francji. Mam nadzieję, że zainspiruje Was choć do drobnego gestu pomocy.

 

Szanowny Panie Prezydencie,

Nazywam się Alina Czyżewska. Jestem Polką i Europejką. Obecnie przebywam na greckiej wyspie Lesbos, gdzie przyjechałam pomagać uchodźcom.

Na pomysł napisania do Pana wpadłam, gdy poznałam R., uchodźczynię z Kongo. Mówi tylko po francusku, ale jakoś udaje nam się porozumieć. Spotkałyśmy się w przychodni Lekarzy Bez Granic - organizacji, która szanują i chwalą wszyscy uchodźcy. R. ma dwadzieścia lat. Jest nieśmiała i nieufna, ma za sobą koszmarne doświadczenia. Tutaj ma ze sobą tylko dwie dość obcisłe bluzki, przez co czuła się bardziej zagrożona. Pojechałam więc do magazynu z darami z całego świata prowadzonego przez organizację Atika.

Kiedy wybierałam dla niej tych kilka T-shirtów, dotarło do mnie, jakim luksusem jest móc wybrać samemu sobie ubrania w sklepie. Przez ubiór przecież wyrażamy siebie, decydujemy o wywieranym przez nas wrażeniu. Wybór ubrania jest jakąś namiastką decydowania o sobie, co w sytuacji uchodźców, tkwiących tutaj w niepewności, zawieszeniu i kompletnej zależności od Europy, jest wyjątkowo ważne.

Dlatego zabrałam R. i jej przyjaciółkę D. do sklepu. Kupiły plecak, klapki, sukienki i dres, za co zapłaciłam 42 euro z pieniędzy pochodzących z prywatnej zrzutki zorganizowanej przeze mnie na Facebooku.

Zjadłyśmy też skromny lunch (za 15 euro), co dla R. i D. było olbrzymią odmianą, bo w obozie Moria uchodźcy codziennie jedzą na obiad i kolację to samo – ryż z olejem. Dopiero od niedawna, po licznych protestach, dostają ryż z warzywami lub ryż z ciecierzycą, a raz w tygodniu do ryżu dodawany jest kurczak. Na śniadanie dostają rogalik i sok w kartoniku, po które czeka się w kolejce przez godzinę.

Dziewczyny z Kongo są tu „tylko” od 5 miesięcy; inni w Morii mieszkają nawet po dwa lata - i najbardziej brakuje tu wcale nie jedzenia, a poszanowania ludzkiej godności.

Dlatego pojechałyśmy do One Happy Family

To miejsce, które prowadzi organizacja Swiss Cross wraz uchodźcami. Założył ją Michael Raber ze Szwecji, którego rodzina zwykle spędza wakacje na Lesbos. Gdy w 2015 roku do brzegów zaczęły przybijać łodzie uchodźców, postanowili zaangażować się w pomoc dla nich. Później założyli One Happy Family – miejsce, gdzie uchodźcy mogą spędzić czas.

Organizowane są tu lekcje angielskiego i greckiego. Jest wspólnie zbudowany plac zabaw. Niedługo ukończy się budowa "centrum dla kobiet", gdzie będą mogły swobodnie pobyć ze sobą – porozmawiać, zdjąć chusty, wziąć udział w warsztatach. Jest kawiarenka, w której można napić się kawy i herbaty, zapalić sziszę i porozmawiać. Między 13 a 17 przyjmuje prawdziwy fryzjer. To uchodźca – wolontariusz, podobnie jak Muhmed, który codziennie o 16 wydaje dwieście darmowych posiłków. Skromnych, ale pysznych! Muhmed w Syrii był lekarzem, teraz w polowych warunkach gotuje dla uchodźców z całego świata. Mimo że już może opuścić Lesbos, postanowił tu zostać. „Znalazłem tu swoje miejsce” -  tak mi to wytłumaczył.

Niedaleko, na plaży, wolontariusze z Hiszpanii wraz z uchodźcami uczą dzieciaki pływać. W One Happy Family funkcjonuje nawet mała biblioteka, która mieści się w tym zielonym autobusie. Prowadzi ją uchodźca, Jean Pierre, najbardziej życzliwy i przyjacielski bibliotekarz na świecie.

Lesbos, Grecja. Jean-Pierre, bibliotekarz-uchodźca. fot. Alina Czyżewska

Tak dochodzimy do sedna mojego listu. R. i D. chciały wypożyczyć książki, ale okazało się, że w bibliotece OHF nie ma ani jednej książki po francusku. „Jak to? - pomyślałam wtedy. - Frankofon, Jean Pierre, a jego biblioteka beż żadnej książki po francusku?! Trzeba coś z tym zrobić!”.

Pewnie Pan nie uwierzy, ale spontanicznie pomyślałam wtedy o Panu. "Macron pewnie ma dużo ciekawych książek...". Dlatego postanowiłam do Pana napisać z prośbą, czy w wolnej chwili nie zechciałby Pan zerknąć do swojej biblioteczki i sprawdzić, czy nie ma tam jakiś książek, które nie są już Panu potrzebne?

Najbardziej potrzebne są powieści, słowniki, książeczki dla dzieci, francuskie podręczniki do nauki języków, przede wszystkim angielskiego? Jeśli coś Pan znajdzie, bardzo proszę o wysłanie ich na adres:

One Happy Family Community Center Apothiki Leventelli c/o swisscrosas.help Kara Tepe – Lesvos, North Aegean, 81100 Greece.

Piszę do Pana ten list, siedząc na chwiejącej się, drewnianej ławce na lekcji angielskiego dla dorosłych. Nauczycielem jest wolontariusz – uchodźca z Syrii. Trwa nauka konstruowania pytań, słów „who” (kto), „what” (co), „where” (gdzie) i „when” (kiedy). Uchodźcy pytają siebie nawzajem: „Where is my family?” (Gdzie jest moja rodzina?) albo „When we can leave Moria?” (Kiedy będziemy mogli opuścić Morię?)

Zawieszeni w oczekiwaniu na rozpoczęcie nowego życia w One Happy Family są bezpieczni. Jeżeli będzie Pan w okolicy, proszę koniecznie odwiedzić to miejsce. To wspaniałe świadectwo solidarności i wspólnoty europejskiej. Trzeba je zobaczyć!

Łączę wyrazy szacunku dla Pana i Pańskiej żony,

Alina Czyżewska