Gdy dopadnie cię ogon diabła, czyli acedia

Gdy dopadnie cię ogon diabła, czyli acedia


„Boże, żeby mi się tak chciało, jak mi się nie chce!” – kto choć raz nie utożsamił się z tym ironicznym zdaniem, które mogłoby być naszą częstą modlitwą? Wydaje mi się, że często bagatelizujemy stan, w którym nic się nie chce. Jeśli trwa on podejrzanie długo, można się obawiać, czy faktycznie to tylko chwilowe przemęczenie, brak sił, skutek jakichś trudnych okoliczności życiowych – czy może dotknęła nas jedna z najgroźniejszych chorób duszy: acedia.

Co to takiego?

Czym jest acedia? Najkrócej mówiąc, jest to rodzaj wypalenia religijnego. Etymologicznie wyraz ten (gr. akēdia) wywodzi się od słowa kēdia, czyli troska, i oznacza jej zaprzeczenie, a więc brak troski o własny byt i istnienie, obojętność na własny los. O acedii mówimy wtedy, gdy ten stan trwa dłużej, niż to, co ma prawo nam się czasami przytrafić, czyli jakiś moment osłabienia, zmęczenia, chwilowej melancholii. Tak, jak w psychologii czym innym jest depresja, a czym innym gorszy dzień, w którym mamy siłę tylko na przykrycie się ciepłym kocem i ukrycie się w nim przed całym światem.

Acedia to jednak coś więcej, niż tylko wewnętrzne osłabienie. Skąd się bierze? Można powiedzieć, że to stan pewnego samonakręcenia się, mieszanka gniewu i pożądania: bardzo czegoś chcę, pożądam, ale nie mogę tego w pełni osiągnąć – dlatego wzrasta we mnie gniew i smutek, które wyrażają niezadowolenie z tego niespełnienia. To mechanizm nałogu: nałogowo (trwale) jestem w moim życiu duchowym smutny, przygnębiony, zobojętniały. Wciąż chcę więcej i więcej. A gdy okazuje się, że nie mogę tego mieć – to już nic nie chcę, wszystko jest bez sensu, nic mi się nie udaje, niczego nie osiągnąłem i już nie osiągnę.

Przedstawienie acedii przez Hieronima Wierixa, XVI-wiecznego flamandzkiego rzeźbiarza

Według św. Tomasza z Akwinu acedia to metafizyczne lenistwo, tożsame ze „smutkiem tego świata”, mikstura goryczy i cynizmu. Jej owocem jest ucieczka przed Bogiem we wszystko, co nowe (poszukiwanie namiastki Boga), stały niepokój ducha, ciągła irytacja, złość… Wychodzi więc na to, że to wcale nie jest stan bezruchu, wręcz przeciwnie: to wewnętrzny dynamizm, który jednak pcha nas w złą stronę.

Ewagriusz z Pontu (345-399), jeden z klasycznych ojców duchowości tak opisał człowieka chorego na acedię:

Duch acedii wypędza mnicha z jego celi,
kto zaś posiadł wytrwałość, zawsze przebywa w spokoju.

Chory nie zadowoli się jednym pokarmem,
a mnich poddany acedii – jednym dziełem.

Lubieżnemu [mężowi] nie wystarczy jedna kobieta,
a mnichowi opanowanemu przez acedię nie wystarczy
jedna cela.

Opanowany przez acedię wciąż ziewa
i łatwo wpada w senność.

Opanowany przez acedię mnich jest nieskory do modlitwy
i nie wypowie nigdy jej słów.

(fragmenty Pism ascetycznych, więcej tutaj)

SALIGIA – zapomniany katalog

Gdzie możemy jeszcze znaleźć wzmiankę o acedii? W katalogu siedmiu grzechów głównych. Cóż to takiego? Niektórzy ostatni raz mieli go przed oczami podczas katechezy przed Pierwszą Komunią, ewentualnie kojarzą go ze świetnym filmem Siedem, warto więc przypomnieć ten wykaz. Przy okazji, obok siedmiu grzechów, postawimy równie zapomniane siedem cnót:

Pierwsze litery wyrazów po łacinie łączono mnemotechnicznie w wyraz SALIGIA, dzięki któremu nie tylko łatwiej było zapamiętać najważniejsze ludzkie błędy, ale też określano w ten sposób kwintesencję zła, a z czasem saligia stała się nawet drugim imieniem diabła, którego rogami była pycha (superbia), a ogonem… lenistwo, czyli właśnie acedia.

Po wcześniejszym przybliżeniu tego terminu widzimy, że polskie tłumaczenie niezbyt szczęśliwie oddaje jego znaczenie. Nie chodzi przecież o lenistwo, rozumiane popularnie jako brak aktywności, nicnierobienie, czy nawet – w pozytywnym ujęciu – część wypoczynku, a więc czegoś zdecydowanie potrzebnego i dobrego.

Ciekawe, że kiedyś acedii nie było w katalogu siedmiu grzechów, długo spierano się, czy lenistwo (pozostańmy przy tym tłumaczeniu) jest w ogóle grzechem, a jeśli nawet, to nie jest najważniejszym (dlatego jest na samym końcu zestawienia). Gdy w VI wieku Grzegorz Wielki układał tę listę, to w pierwszej wersji na miejscu acedii był… smutek (tristia) – i to nas już naprowadza na właściwy trop.

Po drugiej stronie jest miłość

Zwróćmy uwagę na to, że acedia – gdy siedem grzechów postawimy obok siedmiu cnót – stoi naprzeciw miłości. Czyli lenistwo, smutek, zobojętnienie, osłabienie duszy, są przeciwieństwem miłości, jej brakiem. Przy okazji: skoro największa jest miłość, jak uczy św. Paweł (1 Kor 13,13), a w katalogu cnót znajduje się na ostatnim miejscu… to może ten porządek jest odwrócony, a co za tym idzie, listę grzechów też powinniśmy odwrócić, czyniąc acedię grzechem podstawowym, z którego wypływają pozostałe?

Dopada mnie ona czasem. Nie potrafię wtedy usiedzieć w jednym miejscu, skupić się na tym co istotne. Marnuję czas, przelatuje mi on przez palce, bo nie robię tego, co powinienem. Acedia jest bardzo cwana, nieuchwytna, potrafi się schować, ukryć, zakamuflować, stworzyć pozory niegroźnej i chwilowej przypadłości – tymczasem jeśli nie poda się odpowiedniego lekarstwa, zatruwa ona całego wewnętrznego człowieka. A co jest lekarstwem?

Jeśli acedia to pożądanie czegoś, co tak naprawdę jest nierealne, czyli istnieje w naszej wyobraźni – odtrutką jest oczyszczenie naszych myśli, uspokojenie ich, stanięcie w prawdzie, w świecie realnym (a nie wirtualnym). Jeśli na serio potraktujemy słowa Pana Jezusa z Ewangelii św. Mateusza, żeby nie troszczyć się zbytnio o nasze potrzeby, bo przecież Ojciec nasz niebieski wie, czego potrzebujemy (Mt 6, 31-34), wtedy łatwiej będzie nie popaść w stan przygnębienia z powodu ciągłego nienasycenia. A jeśli acedia zagnieździła się w naszym życiu już na dobre – może najwyższa pora poszukać dobrego spowiednika.