Pani Małgorzato - o Oriencie


Pani Małgorzato,
pisała Pani w komentarzu, że nie widzi różnicy między mną, a stukniętymi orientalistami pokroju WCCM. W sumie patrząc powierzchownie - racja! w końcu też jestem stukniętym orientalistą...
Ale. Będąc na wywczasach na Wybrzeżu  zahaczyłem o festyn krisznowców. Napiłem się czaj masali (herbatka po indyjsku z odrobiną mleka i przyprawami - rarytas!), pochrupałem ichnich papadamów (takie opłatki na ostro z oleju chrupkie), samosów...
Byłem u nich dwa razy. Pierwszego dnia pozwoliłem się indoktrynować (oni to robią do ucha praktycznie, bezczelnie wchodząc w strefę intymności człowieka)... Potem się obraziłem, że krisznowcy postponują Siwę i Brahmę, nazywając ich półbogami, a wyznają tylko Wisznu (Krsznę). Strasznie się na to obruszył ten sekciarz, że tak bronię Siwy. No i zakończył sączyć mi swój słodziutki jad. Co za czasy swoją drogą, żebym przed hinduistą musiał bronić Siwy, który doznaje czci w milionach fallusów (lingam) polewanych mlekiem w Indiach...
Drugiego dnia zajrzałem z synem. Chciałem, żeby z bliska zobaczył, jak obrzydliwą rzeczą jest sekta. Ten sam sekciarz szeptał teraz do ucha synowi. Obok jakiś nawiedzony nastolatek jak katarynka wciskał sekciarski kit jakimś biedakom. Większość z Rosji ich była tych krisznowców. Straszny obrazek fanatyków, desktrukcji osobowości, wyobcowania ze społeczeństwa. W sekcie ciemnota: astrologia traktowana jak najpoważniej (jak w Indiach!), joga i marzenia o mocach magicznych niej płynących, wiara w kasty (właściwie ,,warny'' - stany, bo te prawdzie kasty to ,,dziati'')... Ogólnie ogrom obrzydlistwa. Namolna indoktrynacja każdego... A to jest najczystszy hinduizm, bo ta sekta jest uznawana w Indiach za swoją.
Pani Małgorzato, katolicy mają taką słabość do pogan jakąś, mnie to się też udziela. Ot, mamy wiarę w ludzi, w dobroć w historii. Ale to jest wiara bardzo ograniczona. Katolicy w Ameryce traktowali Indian jak ludzi, opisywali ich, bronili przed nieludzkim traktowaniem. Sama Najświętsza Maria Panna zeszła z Niebios w Guadelupie, żeby wspomóc tych biedaków w dziejowej próbie pod rządami białych. Inaczej protestanci, ci uznali Indian za niezupełnie ludzi i niezupełnie się nimi przejmowali. Skutki są jakie są - południe to kraje metysów, mulatów i pełna mieszanka. Północ to chłód śmierci i segregacji.
Więc, my, katolicy mamy sentyment do tych wszystkich Platonów i Seneków. Ale to musi iść w parze (jak wszystko, co dobre) z przeciwstawną zasadą. Complexio oppositorum to wyznacznik ortodoksji chrystianizmu. Ta druga zasada to jest burzenie świątyń, wycinanie świętych gajów, palenie posągów pogańskich i przeganianie wróżów, ciemnoty, magików, pogańskich oszołomów. To się musi ze sobą łączyć i równoważyć w jakiś sposób. Dopiero z harmonii tych zasad powstaje ten tak upragniony złoty środek.
Więc, jeśli katolik zapomina o tej drugiej zasadzie, popada w chaos i ulega wynaturzeniu. I wtedy np. zaczyna mantrować, uganiać się za mertonami i inną pogańską ciemnotą bez opamiętania. A przecież pogan  mamy nawracać! Jednego też mamy tylko guru (termin podobny do ,,rabbi''), tego w Niebie i innego szukać nie wolno.
Więc jest ogromna różnica, diametralna, w moim spojrzeniu na pogaństwo, a w tym, co wyprawiają postchrześcijanie mantrujący i uprawiający jogę, zen, vipasanę czy inne diabelstwo.