Trwoga, bojaźń, troska i lęki


Trwoga, bojaźń, troska i lęki

Religijność to doświadczenie fascynacji Bogiem i trwogi, jakie ogarniają człowieka w spotkaniu z Bogiem. Ustalono to już dawno poprzez empiryczną obserwację i opisano w dziełach religioznawców. Nie ma w tym błędu, a Słowo Boże potwierdza taką opinię. Wiara ma w Piśmie dwa biegunowe odbicia w przeżywaniu: radość i bojaźń, które w istocie są tylko innymi określeniami na fascynację i trwogę.

W innym ujęciu mówimy, że treścią przeżyciową wiary, czyli związku z Bogiem, jest troska. Ujęcia te są dla siebie komplementarne.

O ile radość, jako przeżycie przyjemne, dla dzisiejszych ludzi, którzy w każdej komórce swojej istoty mają zapisany hedonizm, nie budzie zastrzeżeń – to u dzisiejszych zepsutych ludzi pojęcie trwogi budzi wręcz biologiczny sprzeciw i bunt. Nie należy się jednak obrażać na ludzi, że w danym punkcie historii stali się tacy a nie inni. Także historia należy do Boga i jakieś ziarno dobra z pewnością nawet z dna zepsucia należy wydobyć. Żyjemy w czasach, które wraz z przyjemnością podkreślają też miłość, ogólnoludzkie zbliżenie, globalną integrację. Zły duch absolutyzuje te procesy i wypacza wyrzucając poza ich nawias Pana Boga i wiarę, ale ten głos historii, po oczyszczeniu z przesady i wypaczenia – i on może być częściowo głosem Boga. Wszak Bóg mówi do nas dziś poprzez pojęcie miłosierdzia, a prorokini tego języka dialogu Boga z ludźmi pochodziła nawet z naszego kraju, a my wszyscy jesteśmy jej uczniami.

Jak więc pogodzić bojaźń i trwogę z myśleniem kategoriami miłości, integracji z Bogiem i ludźmi? Oto jest pytanie. Wymaga to medytacji. Mnie ona zajęła kilka lat póki co.

Piękny w prostocie i szczerości przejaw trwogi widzimy w sytuacji powołania Szymona (Piotra). Szymon doświadczywszy wszechmocy Boga (połów urywający sieci po całej nocy pracy bezowocnej) odsuwa się od Chrystusa ze słowami: ,,Odejdź ode mnie Panie, bo jestem człowiek grzeszny.'' Odsuwa się do Boga, czując jakby własne nieprzystawanie do dobroci Bożej. Odsuwa się, ale nie ucieka. Odsuwa się, ale pozostaje w Bożym władaniu i zdaje się na nie. To skrajnie odmienna postawa od Adama po grzechu, który po prostu chowa się w krzakach, usiłując stworzyć sobie schronienie przed gniewem Bożym, taką enklawę bez Boga, własne małe piekło. Szymon przeniknięty bojaźnią nie zamyka się na Boga, ale pokornie przyjmuje dalsze wskazania Chrystusa.

Setnik o wielkiej wierze w ewangelicznej perykopie wykazuje się podobna bojaźnią mówiąc: ,,Nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie.'' To jest wyraz głębokiego poczucia różnicy między adorowanym w swej świętej doskonałości Bogiem a samym sobą upadłym i nieświętym. To przestrach przed profanowaniem świętości własnym zepsuciem. To jest doświadczenie przepaści między sobą a Bogiem. To też jest istota mistyki – dojrzeć tę różnicę. I nie uciec od Boga, ale zdać się na Jego wybór w tej sprawie - ,,powiedz tylko słowo...''. To był człowiek o największej wierze, który w tym krótkim zdaniu i swojej postawie streścił całą wiarę.

Radość zbliża do Boga. Bojaźń dystansuje. Działając na zmiany ustalają właściwe miejsce dla człowieka w stosunku do Boga, bez lekceważącej fraternizacji i bez ucieczki przed Bogiem. Znowu complexio oppositorum umożliwia nam wypracowanie właściwej postawy.

Przyjrzyjmy się historii bojaźni.
Bóg w nas wierzy, pozostawił nas na świecie wierząc, że damy sobie radę nawet bez Jego widocznej asysty. Powierzył nam wszystko, co ma. Zawierzył, że uczynimy Jego świat jeszcze lepszym. I tak było w okresie niewinności, niewinni naturalnie dobrzy ludzie mogli nie lękać się o swój los obdarzani wyłącznie Boską miłością, nie znający groźby kary, bólu, straty.

Po upadku pierwsze, co czynią, to ucieczka w krzaki – BOJĄ SIĘ Boga. Wybrali śmierć (ból, chorobę, stratę) i w oczekiwaniu na to po prostu się boją, boją się własnego wyboru. To jest jednak lęk patologiczny, chory. Wszyscy urodzeni po upadku przeżywamy to samo. Pierwsi Rodzice zgotowali nam ten los odrzucenia, potępienia i odsunięcia, jako nieudanego stworzenia.

Ten lęk w nas jest. Tillich wylicza zdrowy lęk egzystencjalny nieodłączny od naszego bytowania w aktualnym stanie. Nie ma życia bez tego. Jest też lęk patologiczny, chorobliwy, pozbawiony sensownego odniesienia do historii ludzkości i własnej historii. Objawia się wszelkimi patologiami, gdy nie umiemy sobie z nim poradzić, próbujemy go zagłuszać uciechami, względnie popadamy w końcu w rozpacz i apatię (śmierć uczuciową).

Zdrowa bojaźń bierze się z konstatacji odłączenia od Boga. Jednostka ma przynajmniej w głębi serca świadomość, że nie wystarcza jej własnych sił, przemyślności, aby zrealizować siebie,  swoje potencjały zamienić w pełni w dobre owoce swojego życia. Ani jednego włoska nie możemy poczernić, czy  pobielić na swoich własnych głowach, a co dopiero wpływać na świat, zdziałać wiele – samodzielnie. To też bojaźń utraty Boga w wyniku własnej słabości, niewystarczalności.

Pycha osobista uczy nas czegoś przeciwnego, że jesteśmy już świetni, doskonali i samowystarczalni. Nic nie musimy w sobie i świecie zmieniać, bo już jesteśmy bezbłędni. Pycha zbiorowa uczy, że ze wszystkim poradzimy sobie jako ludzka zbiorowość sami, własnym narzędziami, zwłaszcza techniką wspieraną danymi nauki o prawach materii. Naukowe eksperymenty społeczne bolszewizmu i nazizmu (pierwszy wprost nazywał się naukowym, drugi nieustannie podpierał się naukowcami dowodzącymi wielkości ,,rasy aryjskiej’’), czy obecne podobne szaleństwa naukowców (Dawkins, Hawkins) najpierw rozniecają ogrom ludzkiej pychy, a po swoim niepowodzeniu niepostrzeżenie rujnują autorytet nauki jako takiej i wiary w ludzkie poznanie.

Lekarstwem fałszywym na poczucie odłączenia – są fałszywe bożki (ostateczne wartości) i związana z ich wyznawaniem przynależność do społeczności (kościołów, synagog demona) czcicieli: narodu, klubu sportowego, gangu, organizacji religijnej dowolnej, czy też społeczności ludzkiej jako takiej.

Pismo poucza, że zdrowa bojaźń Boża jest wstępem do duchowego sukcesu. Jest to  racjonalna konstatacja naszej własnej kondycji skazanej na niepowodzenie bardziej lub mniej za życia, a ostatecznie  śmierci. Po prostu jest się czego bać, a właściwie Kogo, bo Pana Boga. Poniżonego, zlekceważonego, psychicznie zabitego w naszych sercach, a fizycznie zabitego na Golgocie. To nie są żarty, zaciągnęliśmy u Boga dług swoimi występkami, dług odszkodowania za zniszczenie siebie, innych i świata, dług zadośćuczynienia za swoje zachowanie. Chcąc nie chcąc, nawet żyjąc aktualnie w pełnej świętości, przynależymy stale do upadłego świata i mamy to poczucie, powracającego choćby pokusami, ale i poczuciem wspólnej odpowiedzialności, jako że i wspólnie mamy możność ten ludzki świat naprawić.

Trzeźwe spojrzenie na siebie wywołuje w naturalny sposób tę bojaźń, która jest początkiem trzeźwienia z narkotycznej ułudy grzechu i pychy. Jest to co najmniej zdroworozsądkowy respekt, szacunek dla zdolności Boga wydźwignięcia nas z nieistnienia i realnej możności powrotu doń. Jest to  przeciwieństwo diabelskiego lekceważenia Stwórcy. Gdzieś w tym jest też element wewnętrznej konstytucji człowieka i jej przeciwstawnych elementów: doczesności i wieczności. Niepokój powodowany jest też przez dysonans tych dwu elementów: z jednej strony dążymy do szczęśliwej nieskończonej wieczności, ale środki zapracowania na to mamy jedynie skończone, małe i nieadekwatne.

Zaakceptowana bojaźń, będąca między innymi niewiarą w absolutną wystarczalność stworzeń wobec własnej egzystencji, jest czymś naturalnym i pochodzącym z zewnątrz, z realiów życia i jego uwarunkowań. Ta bojaźń zabiłaby nas (jak zabija wielu zresztą ogarniętych neurozami, depresjami, dysfunkcjami, nałogami), jeśliby nie znalazła zbawczej odpowiedzi. Tą odpowiedzią jest troskliwa obecność Boga w naszym życiu, którą powodujemy wiarą i modlitwą.

Opatrzność czuwa nad nami zawsze do pewnego stopnia, ale udział Boga w życiu wierzącego, który z kolei swoją wiarą uczestniczy w życiu Boga i te dwa życia jednoczą się i przenikają, stanowi zupełnie inną jakość. Każde zwrócenie się do Boga, każda modlitwa stanowić powinna zwrócenie się do Niego, jako gruntu naszego istnienia. Odbicie nie istnieje bez Odbijającego się. Bez Niego nas nie ma, a im więcej Jego w naszym życiu, tym większy pokój mamy w sercu.

Pokój wewnętrzny – to bojaźń, którą przerasta zaufanie Bogu, że prowadzi mnie do dobra. Nic nas nie jest w stanie odłączyć od tego pokoju, ani to co wysokie, ani to co głębokie, jedynie nasz grzech z powrotem niweczy ten pokój i wrzuca nas w rozpacz i przerażenie.


SKRUPUŁY

W kontakcie z Bogiem doznajemy przerażenia własną kondycją, tak jak wtedy, gdy szpetne wykręcone odbicie zobaczy swój piękny pierwowzór.

Skrupuły –wyjątkowo silnie doświadczał ich św. Ignacy – to złe poczucie winy, które unicestwia siebie za karę, samemu osądza i zabija. Nie wolno siebie potępiać, nawet św. Michał stojąc z mieczem nad powalonym samym Władcą Piekła powstrzymał gniew z okrzykiem ,,niech cię Bóg potępi’’. Trzeba otworzyć się na sprawy Boże – jak Paweł błogosławiąc nawet swojej przeszłej winie: felix culpa, szczęśliwa wina, bo znalazła takiego Odkupiciela. To słabe wytłumaczenie, ale lepsze niż żadne.

Ignacy o mało nie popełnił samobójstwa doświadczywszy Boga i spojrzawszy Jego oczami na siebie. Jesteśmy tu na świecie odbiciem potworów, szyderczych i niszczycielskich demonów, spójrzmy prawdzie w oczy, nie przypominamy samych siebie, w naszych świetlanych boskim wyobrażeniu i wizji noszonej w duszy. Spotkanie z Bogiem jest spotkaniem z własną szpetotą, mozolnym otwieraniem oczu, to budzi opór, więc mnożymy wykręty przed powrotem do Boga.

Jednak nasze długi już ktoś spłacił i uwolnił nas od niewoli za długi i władzy demona, u którego zaciągnęliśmy dług poprzez korzystanie z jego pouczenia, przykładu, nauki, z jego ,,pomocy’’ jaką świadczy przy każdym z nas, nasz szatan – stróż. On chętnie daje swoje ,,pociechy'' i moce (także te siły swoich emocji ku złu), ale za to chce nas całych.

Będąc do Boga niepodobnymi i skażonymi grzechem w każdym atomie ciała i cząstce duszy nie zasługujemy na Niego, jego przebaczenie i jego uzdrowienie – ale on o tym wie i daje nam miłość litościwą, miłosierną, nazywając rzeczy po imieniu przecież. On przekracza siebie, swoje własne wyroki słusznego odrzucenia człowieka, depcze samego siebie z miłości do nas. Dlatego niekończące się skrupuły nie są czymś dobrym, są straszliwą fałszywą pokorą, która jest odwróceniem się od Boga.

TROSKA
Bojaźń jest połączona z ,,troską''. Trudno znaleźć na ten stan dobre słowo. Tillich w oryginale pisze ,,concern'' i wyjaśnia, że przedmiotem troski jest to, co nas ostatecznie obchodzi. Setnik chroni Chrystusa przed kontaktem z samym sobą nieczystym. Adoruje Jego doskonałość i wszechmoc oraz w tym wszystkim przyciąga Boga do siebie, zaprasza Jego duchową moc uzdrowienia do swojego domu, a jednocześnie otacza Boga troską i ochroną.

To troskliwe zainteresowanie tym, co ostatecznie istotne. Bóg interesuje się człowiekiem, nie spuszcza nas z oczu, stale jest w nas zapatrzony, nie tylko oczami ale i sercem, wrażliwością. I stale gotowy nas wspierać, a nawet wywyższyć i przygarnąć do swojego Nieba. Bóg nie szczędzi nam tej troski.

Nasze zainteresowanie się Bogiem to tylko liche odwzajemnienie Jego zainteresowania nami. Starczy wspomnieć, jak człowiek cierpi, gdy nikt się nim nie interesuje. Straszliwie i łapczywie poszukujemy zainteresowania innych. Bo wtedy czujemy się kochani. Tymczasem Bóg nieustannie jest nami zainteresowany. Nigdy nas nie zdradził, nie odwrócił od nas swojej uwagi – to my Jego zdradzamy i odwracamy się gromadnie okazując Jemu brak zainteresowania.

Zainteresowanie to poznanie drugiego, to zainteresowanie się jego potrzebami. To miłość, wstęp do miłości. Poznanie jednoczy poznającego i poznawanego. Poznający staje się poznawanym. Poznanie sercem to współczucie, empatia. To skupienie swojej uwagi i zaangażowania na drugim. Dlatego po polsku nazwano to ,,troską'' właśnie lub ostatecznym ,,zatroskaniem''. Obiekt mojego zatroskania i miłości to to, co mnie ostatecznie obchodzi i zajmuje. Istota naszego życia zawiera się w pytaniu, co jest przedmiotem mojej ostatecznej troski i zainteresowania. Co jest centrum mojej uwagi i wrażliwości. Z kim współodczuwam, kto mnie obchodzi. Czyj ból i strata mnie przerażają, a czyja radość mnie uszczęśliwia.

Tak bardzo szatan i świat walczą o naszą uwagę swoją gadatliwością. Świat jest pełen napastliwego gadulstwa szarpiącego uwagę swoimi kłamstwami i wypaczeniami. Doskonale widać to w mediach, pełnych silnych bodźców, pokus, fałszywych korzyści i fałszywych żali.

Bóg tymczasem milczy. Bóg bowiem jest w nas miłośnie wpatrzony i cierpliwie czekający, że Go rozpoznamy w tym zapatrzeniu. Nie woła, nie podnosi głosu. Czeka w tym zapatrzeniu. Nie budzi ze snu umiłowanej, póki nie zechce sama. Jezus bardzo mało mówi – przede wszystkim jest i działa, jak Ojciec. Zna człowieka, jak o tym poucza Pismo. Zna, czyli poznaje. Niczego nie pisze, po prostu objawia Siebie, ale w wyrazie tego jest elegancko powściągliwy. Nie narzuca się nikomu, wchodzi gdzie zapraszają, uzdrawia, gdy proszą. Nieustannie widzi jednak człowieka z ludzką biedą, której współczuje i którą wspomaga.

Nasza uwaga i zainteresowanie to rzecz kluczowa. Mówi się, że wiara pochodzi ze słuchania. To tylko przykład, bo poznanie jest procesem jednoczącym, miłosnym – w Biblii poznać, to połączyć się. Poznanie przemienia poznającego w poznawanego. Przedmiot poznania zmienia podmiot poznający – paradoksalnie. Pytanie, co na co dzień poznajemy, czym się zajmujemy, co jest centrum naszej wrażliwości, naszym skarbem – czy Bóg?

Interesować się to także troszczyć się, opiekować się, strzec. Przedmiot mojego żywotnego zainteresowania, staje się przedmiotem mojego niepokoju. Jego los mnie dotyczy, pociąga troskę, obawę, zaniepokojenie.

MISTYKA
Coraz żywsze zainteresowanie Bogiem i Jego sprawami rozbudzane duchowością i nawróceniem przeradza się w zaabsorbowanie. Zaabsorbowanie – w zapatrzenie, kontemplację, adorację, poczucie nieustannej obecności i  bliskości. To już jest mistyka. Adoracja przeradza się niekiedy w ekstazę – wyjęcie ze świata, oddzielenie zmysłów od tu i teraz i zapatrzenie w Umiłowanego bez reszty.

Jest to jeden i ten sam proces powrotu do Boga – od Adama w krzakach odwróconego od Boga – do mistyka w ekstazie pochłoniętego w całości doświadczeniem Boga. Powtórzmy, jest to jeden ciągły proces – od ulotnej chwilowej uwagi kierowanej na Boga w przelotnych aktach wiary – do mistyki. Nie ma tu różnicy, co do zjawiska, różnica jest w jego natężeniu.

BOJAŹŃ
Troska to przestrach. Zatroskany (o siebie, o Boga, o drugiego człowieka) to przeżywający niepokój o ww. wobec własnej małości (skończoności) i niezdolności do zapewnienia PEWNEJ dobrej przyszłości, wobec własnej ograniczoności i w dużej mierze bezsilności, co do osiągnięcia dobra dla tego, kim jesteśmy zatroskani. Jest to zdrowy niepokój  będący częścią życia człowieka. Niepokój wypływa z doświadczenia własnej skończoności i niezdolności do właściwego zadbania o siebie, o drugiego, o Boga.  To już jest manifestacja bojaźni. Bojaźń jest w nas z natury, stale się o coś lękamy. Pytanie, czy jest to zdrowa bojaźń o Boga, która spotyka się z bojaźnią i troską Boga o nas? Czy jest to głupia bojaźń i zalęknienie o błahe pospolite sprawy tego świata. Innym określeniem bojaźni jest niepewność.

Zbliżonym pojęciem jest pobożność, czyli nieodstępowanie, przywiązanie. Kto znalazł - już nie musi szukać więcej. Przeżywa swoje zapatrzenie, zachwycenie, rozmiłowanie i udrękę poczucia oddzielenia.

Jest bojaźń – jako zalęknienie o dobro Boga. Także jako gruntu mojego własnego bytu. To jest nierozdzielne, jak człowiek jest nierozdzielny od Boga. Troszczymy się o Boga więc i o siebie, o cały świat. Dalsza bojaźń – to o Bożą sprawę, Jego dobre imię, o Boga na ziemi. O to, żeby nie był obrażany Bóg ludzkim buntem, obojętnością, czy agresją. Ale żeby był kochany, a Boskie działanie poprzez ludzi żeby się realizowało, a łaska kwitła.

Jest też bojaźń, jako zrozumienie prawa Boga do gniewu na nas upadłych. I nie jest antropomorfizowanie Boga, bo ile gniew Boży to owszem symbol antropomorficzny (wszystkie nasze pojęcia – symbole - słowa są antropomorficzne, innych nie ma), ale już kara Boska nie jest bynajmniej symbolem czegoś innego – jest rzeczywistością. Trzeba jednak pamiętać, że o ile Bóg Ojciec to nieuchronna sprawiedliwość, to Syn Boży przyniósł na świat przebaczenie i miłosierdzie, po które możemy sięgać. Szatan to sama sprawiedliwość – niekończąca się zemsta na ludziach, kłamliwa i wstrętna, za jego własny grzech, podszyta fałszem, że to człowiek (Bóg – Człowiek) był tego grzechu przyczyną. Zły stale oskarża i osądza. Ale to jest jego wersja sprawiedliwości, wypaczona. Jego strach przed Bogiem jest podszyty nienawiścią (odwróceniem się od Boga) i rozpaczą. Udziela nam tego swojego strachu.

Inny aspekt bojaźni opisał Szymon Hołownia w książce,,Bóg - życie i twórczość'', gdzie  pisze tak:

,,...bojaźń, do której tak często nawołują kaznodzieje, jest czymś zupełnie innym niż strach i lęk. Bojaźń to nie afekt, lecz stan ducha w zetknięciu z mysterium tremendum et fascinas - tajemnicą przerażającą i fascynującą. To - jak precyzyjnie zdefiniował Tadeusz Żychiewicz w Starym Testamencie (Kraków 2000) - ,,ściśnięcie gardła w zetknięciu z czymś, co jest ogromne, piękne, święte, że aż straszne''. Wzięte z Psalmu 111 zdanie głoszące, że ,,bojaźń Boża jest początkiem mądrości'', nie oznacza więc, że natychmiast trzeba wiać, ale że nie da się zrozumieć tego świata, jeśli najpierw nie uświadomi się sobie relacji do Boga.''

Jest w końcu bojaźń i trwoga najgłębsza. Ona pochodzi z poznania Boga i Jego pozycji we świecie. Bóg oddając nam swoją władzę nad nami, obdarzając nas wolna wolą, zaparł się siebie i uczynił się bezradnym. Grzech, który jest odwróceniem się od Boga, czyni Jego bezbrzeżną miłość do nas i chęć uszczęśliwienia ostatecznego człowieka – doświadczeniem rozpaczy. Niezwykle jest dojmująca ta rozpacz i bezsilność Boga wobec grzechu człowieka. Rozpacz rodzica nad upadłymi dziećmi, rozpacz kochającego narzeczonego wobec zdradnej wybranki. Bezsilność Boga wobec odwracających się od niego ludzi jest czymś niewyobrażalnie traumatycznym w doświadczeniu. Dla wielu świętych ludzi było początkiem zadośćuczynienia Boga tej krzywdy i cierpienia. Bóg bowiem będąc zjednoczonym ze swoim stworzeniem przeżywa wraz nim jego los – cierpienie płynące z grzechu i zła. Historia Chrystusa jest unaocznieniem tej kondycji Boga w relacji z człowiekiem. Bóg skupia na sobie cały ból tego świata - cierpi wraz z każdym człowiekiem, cierpi najbardziej. Cierpi w każdym człowieku. On jest najbardziej godzien współczucia - troski – uwagi – opieki. Jak niewinne niemowlę ogarnięte nienawiścią całego odwróconego świata.

PATOLOGIE
Nasza przyrodzona skłonność do przeżywania trwogi o dobro Boga podlega wszelkim możliwym nieskończonym co do ilości i wersji wypaczeniom. Świadome przeżywanie tej trwogi – bojaźni jest w zasadzie nieprzyjemne, ale w świadomej miłości staje się podstawą gorliwości, fundamentem dobrych czynów i pociech. Jest też poznającym zjednoczeniem z Bogiem, z czego samego płynie wiele duchowych pociech.

Odwrócenie się od Boga i nieuporządkowanie w tym sprawach pozbawia tych pociech, ale ból empatii wobec Stwórcy pozostaje. Nie da się go usunąć. To ból sumienia, ból duszy, ból i rozpacz grzesznika. Gdy się od nich odwracamy, nie stają się mniejsze, tylko rosną.

Próbujemy o bólu zapomnieć, zapominając jak Adam o Bogu. Znajdujemy swoje krzaki – kryjówki przed Bogiem, gdzie skupiamy całą uwagę na sobie, czy sprawach ziemskich. A ból narasta.

Form tej ucieczki jest nieskończoność:
- Szatańska nienawiść do Boga i chęć odwetu za ból, zniszczenia wszystkiego, co Boże. Coraz częstsza otwarta nienawiść bywa, strasznie dużo tego w internecie chociażby.
- Pokusa zapomnienia – lekceważenie rzeczywistości, zatrucie własnej zdolności do zainteresowania się czymkolwiek, apatyczna obojętność.
- Upojenie – aby nie myśleć, nie czuć – czymkolwiek: chemikaliami (narkotyki, używki), nałogami przeróżnymi, które są obietnicami chwilowego ,,szczęścia'', odrealnieniem przez zatopienie w historyjkach z powieści, seriali, nałogowego oglądania filmów, gier komputerowych, nałogowe zakupy, obżarstwo itd. Upajanie się to też upojenie w pysze, która oddziela od świata, od rzeczywistości, kreuje własny Olimp samoubóstwienia i czyni samotnym.
- Bojaźń o cokolwiek, co nie jest Bogiem. Zatopienie swojej wrażliwości ostatecznej w rzeczach świata, jakby były ostatecznym i jedynym dobrem. Dobro narodu, organizacji religijnej, rodziny, zwierząt, ginących gatunków – to wszystko są dobra, ale nie mogą zastępować wrażliwości na Boga. Winny być obok tej najważniejszej wrażliwości, ale nie ponad nią.
- Wszelkie mechanizmy obronne psychiki skierowane przecież przeciw odpowiedzialności za swoje życie. Wynikowo jest to obrona psychiki przeciw doświadczeniu i świadomości Boga. To patologiczne zalęknienie o siebie samego, które pogłębia problem.

ZAKOŃCZENIE
Dobre życie duchowe, jak i adoracja Boga w Niebie to przeniknięcie człowieka zarówno trwogą wobec majestatu Boga jak i fascynacją Jego potęgą, w tym potęgą Jego miłości. Trzeba się otworzyć na jedno i drugie doświadczenie, żeby wyleczyć własną duszę i dopuścić uzdrowicielską i regenerującą nas Łaskę – czyli działanie Boże na nas. Wymiana miłości zaczyna się od wymiany poznania, Bóg nas poucza: Miłości pragnę, nie krwawej ofiary, poznania Boga bardziej niż całopaleń.