na marginesie – o mayi, Dharmie, Tien


na marginesie – o mayi, Dharmie, Tien

Po latach w społecznościach internetowych, jeszcze wyraźnie zdaję sobie sprawę, że szkoda czasu na ziemskie sprawy, sprawki, grupki, sekty i ich wojenki. To byłoby tak, jakby stojąc na brzegu oceanu w czasie zachodu słońca uporczywie poprawiać towarzysza, że powinien ubierać skarpety, bo zmarznie.

Ocean jest ciekawszy. Duch, Bóg – jest ciekawszy. Wielki jak nieboskłon, głęboki jak ocean. I cichy. Maya – będzie o niej osobny wpis, jak się napisze to cudowne pojęcie z Orientu, które zamyka wszystkie zbędne rozmowy. Byłem ostatnio na krótkim spotkaniu z psychologiem biznesu. Pięknie powtórzył to, czego uczy choćby taoizm – nie myśl, ŻYJ! Zostaw za sobą paplaninę, po prostu zrób coś pożytecznego zamiast tego. Paweł poucza, żeby ze słabymi w wierze nie toczyć dysput, nie prawdować się – jaka z tego korzyść? To lubię w Oriencie, choć jest to oczywiście pułapką też nadmiarze – cokolwiek byś nawytwarzał, to wszystko maya – złudzenie, iluzja, pozór, fatamorgana. Biedny św. Tomasz, wirtuoz słowa i myśli, po potężnym doświadczeniu duchowym zamilkł. Ale jak bogate było to milczenie! Milczy bowiem także się o czymś. Puste drętwe milczenie wyjaławia mózg i zabija duszę. Milczenie to  miejsce na działanie Boga w nas.

Przerażająca jest paplanina tego świata. Chesterton tak pięknie pisał, że szaleńca łatwo poznać po tym, że jest doskonale logiczny. Ma już tylko SWOJĄ logikę i  nie potrafi się z niej wyzwolić. Człowiek nieszalony zawsze jest trochę pogubiony, niepewny, skromny w twierdzeniach, unikający kategorycznych sądów, ale przez to wciąż wolny w myśleniu. Wydaje się słaby i zagubiony – a właśnie wtedy jest normalny. Tylko szaleniec jest wciąż pewny siebie. To straszne paradoksy. Tracimy rezon w poczuciu własnej małości obiektywnie postrzegalnej. Tak tracą rezon agnostycy. Wierzący traci rezon przede wszystkim myśląc o Bogu. Czym jestem wobec oceanu? Wobec kosmosu? Wobec wieczności? Marność nad marnościami. Nieco większa mrówka kłapiąca tym swoim najmniejszym z członków, a najszkodliwszym – językiem.

Świat wsysa w swoje zbędne dyskusje. Próbuje wciągnąć w swoje relacje, przytrzymać przy ziemi, tym dnie przestrzeni, żeby nie oderwać się od dna i nie unieść wyżej. A właśnie trzeba. Ekonomia wiary mówi, żeby nie patrzeć na boki przy oraniu, nie dołączać do martwych w ich martwych problemach, nie angażować się w przydługie powitania i wzajemne umizgi w pozdrowieniach (nie mówiąc o sporach). Diabli to nadali.

Bóg mówi – patrz na Mnie. Prosto na Mnie. Niech świat sobie jazgocze. Mamy patrzeć na Niego. Myśleć o Nim, mówić o Nim, kochać Jego. Wszystko inne będzie nam przydane.

I tak się dzieje, doświadczam tego co dzień. Wygrane – oddaj Bogu, bo ci się w głowie poprzewraca. Porażki i upadki – tym bardziej, bo cię rozpacz pochłonie. Apateia jest, gdy już nie mamy tutaj nic swojego, nic co by wybijało się ponad miłość i poznanie Boga. A jednocześnie właśnie wtedy Dobry Bóg czyni życie człowieka kwitnącym i pełnym, czasem aż do granic ludzkiej wytrzymałości i wydolności. Miarą pełną, nieotrzęsioną sypie – szanse, sukcesy, doświadczenia, wydarzenia...

Więc znowu paradoks – patrząc na świat jako na pewien zestaw zjawiska ulotnych i złudnych co do swojej wartości, właśnie wtedy w nim się odnajdujemy, choć już bez ekscytacji. Hinduska Dharma – to właśnie ta zasada, nie zawsze dobrze wyrażona. Dharmy to zjawiska tego świata. Ale jednocześnie to właśnie jest nasz świat, innego nie mamy. Jest wypełniony prawami przyczyn i skutków, które są w nim zapisane. I wtedy Dharma staje się synonimem Logosu – nośnikiem życiowej drogi dla człowieka. Wątpiąc w ostateczność i wartość świata, odnajdujemy jego właściwy obraz i sami się lepiej się w nim odnajdujemy. Ale żeby to zrozumieć, trzeba zajrzeć sercem w rzeczywistości ostateczne. W Tien – Niebie panuje doskonały spokój, co zawsze wiedzieli Chińczycy. Spokój ten wynika z doskonałej harmonii tych samych zasad, które nam przekazano dla życia na ziemi: szanuj ważniejszych i starszych, bądź życzliwy i ludzki, dbaj o rodzinę i naród. I my wierzymy, że chóry anielskie są doskonale ułożone i harmonijne, a zbawieni także czynią wszystko zgodnie i bez odstępstwa.

Maya, Dharma, Tien – i Pan Bóg, który nam je ofiarował – tak, to są właściwe tematy do myślenia i medytacji. I zupełnie wystarczające. Szkoda czasu na inne, tak mało go mamy.

Spotkałem wczoraj pewną Panią, która interesuje się Orientem, właściwie Chinami. Przyznałem się do słabości do Lao Cy. Pani zdradziła mi swoją. A spotkaliśmy się w połowie jakiegoś  spotkania w centrali ważnej firmy. Pożegnaliśmy się uśmiechem i wschodnim półukłonem. I świetnie się tym bawiliśmy w tych szarych murach. Takie chwile się pamięta, widać właśnie takie mają jakąś wartość... Taka trochę niepoważna absurdalna wręcz życzliwość jaśniejąca na ponurym tle codziennej szarpaniny. Odrobina wieczności wypisana w życzliwym sercu i uśmiechu – na tle szarej powszedniości.

Ten wpis jest zajawką dla przyszłego szerszego, który się dopiero napisze, jak przyjdzie jego czas. Bo w świecie nieustannego kalejdoskopu zjawisk, wszystko ma swój czas. Jest czas siania i czas zbiorów – i nie trzeba nerwicowo wciąż się wyrywać do przodu. Prawa zapisane w Dharmie/ Logosie nieodmiennie doprowadzą nas do dobrego celu, tylko trzeba im być wiernym: Będziesz miłował Pan Boga swego...